źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wprowadzając to nowe narzędzie, MRPiPS chce ułatwić mikro- i małym przedsiębiorstwom poszukiwanie pracowników poza rejestrami powiatowych urzędów pracy. Bon będzie mogła uzyskać firma w przypadku, gdy powiatowy urząd pracy (PUP) nie będzie dysponował odpowiednimi kandydatami. Ma to stanowić gwarancję refundacji pracodawcy z Funduszu Pracy części kosztów rekrutacji, realizowanej przez agencję zatrudnienia, którą firma sama wybierze.

Dobry kierunek

Partnerzy społeczni przychylnie patrzą na to rozwiązanie.

– Obecnie działania prowadzone przez urzędy pracy nie zawsze odpowiadają na potrzeby prawodawców – zwraca uwagę Monika Fedorczuk z Konfederacji Lewiatan. W jej ocenie powodów takiej sytuacji jest kilka. Pierwszym jest brak odpowiednich kandydatów. W sytuacji kiedy jest niskie bezrobocie, w rejestrach wielu urzędów pracy figurują z reguły osoby nieposiadające kwalifikacji, których poszukują pracodawcy. Często są to ludzie, którzy bardzo długo nie pracują, a edukację zakończyli na poziomie szkoły podstawowej czy gimnazjum. Ekspertka podkreśla, że takich osób zarejestrowanych w urzędach pracy jest większość. Zatem jeżeli pracodawca poszukuje np. murarza, to raczej go w bazach PUP nie znajdzie. Może co najwyżej liczyć na pracownika, którego trzeba będzie przeszkolić. Jednak firmy z reguły potrzebują ludzi od zaraz, a nie za pół roku. – Prawda jest więc taka, że urzędy, szczególnie te, które obsługują regiony o bardzo niskiej stopie bezrobocia, obecnie nie bardzo mają kogo kierować do pracy – mówi Monika Fedorczuk.

W podobnym tonie wypowiada się Agnieszka Zielińska, kierownik Polskiego Forum HR. – Sam pomysł stworzenia nowego narzędzia, jakim jest bon ofertowy, jest dobry. Pokazuje, że resort rodziny i pracy staje się coraz bardziej otwarty na współpracę z sektorem prywatnym w obszarach, które nie są najmocniejszą stroną urzędów pracy – ocenia ekspertka.

Narzędzie dla nielicznych

Jednak w ocenie ekspertów, chociaż sam pomysł bonu ofertowego jest dobry, to propozycja przedstawiona w projekcie ma kilka mankamentów.

– Po pierwsze, z bonu będą mogli korzystać tylko pracodawcy zatrudniający do 50 pracowników. Takie ograniczenie jest dla nas niezrozumiałe. Być może resort wyszedł z założenia, że więksi pracodawcy mają swoje działy HR, jednak naszym zdaniem jest to nierówne traktowanie podmiotów gospodarczych. Jeżeli ma to być rozwiązanie, które wejdzie na stałe, to powinno przysługiwać wszystkim pracodawcom, niezależnie od liczby osób, które zatrudniają – przekonuje Monika Fedorczuk.

– Argument, że duży pracodawca sobie na pewno poradzi z rekrutacją, do mnie nie przemawia. Jest to niepotrzebne ograniczenie dobrego, co do zasady, rozwiązania – argumentuje Grzegorz Kuliś z BCC.

W ocenie Arkadiusza Pączki, dyrektora Departamentu Monitoringu Legislacji Pracodawców RP, nowe narzędzie powinno również objąć średnich i dużych przedsiębiorców (czyli tych zatrudniających powyżej 50 i powyżej 250 osób). – Ograniczenie tego instrumentu jedynie do małych pracodawców może spowodować, że skorzysta z niego niewiele podmiotów – tłumaczy ekspert.

Za niska kwota

Ale to nie koniec wątpliwości. Kolejna kwestia dotyczy refundacji, jaką uzyska pracodawca, jeśli zatrudni osobę skierowaną przez agencję zatrudnienia (czyli wartość bonu). Jej wysokość ma być równa kwocie zasiłku dla bezrobotnych. W tej chwili jest to 847 zł brutto.

– To jest bardzo niska kwota. Z założenia więc pracodawca musi dołożyć do usług agencji zatrudnienia z własnych środków. Pytanie, czy to zachęci pracodawców do korzystania z profesjonalnego pośrednictwa pracy. Raczej nie, biorąc pod uwagę, że każda refundacja wymaga dopełnienia wielu formalności. Zatem istnieje ryzyko, że bon ofertowy, choć ciekawy w swoim zamyśle, będzie instrumentem martwym – mówi Monika Fedorczuk.

Potwierdza to Agnieszka Zielińska. – Wskazana w projekcie kwota nijak się ma do rynkowych kosztów rekrutacji. Przez to, że pracowników znaleźć jest coraz trudniej, wydatki z tym związane są coraz wyższe. Agencje z reguły dostają od 1 do 3 pensji oferowanej pracownikowi po podjęciu pracy. Jeżeli przykładowo menedżer ma zarabiać kilkanaście tysięcy, to koszt usługi rekrutacyjnej będzie dużo wyższy niż w przypadku budowlańca z pensją kilka tysięcy – tłumaczy.

– Nie sądzę, aby agencje dostosowywały wysokość faktur do kwoty refundacji, koszty rekrutacji są po prostu dużo wyższe. Tutaj powstają wątpliwości, czy brakującą kwotę firmy będą w stanie dopłacić – dodaje.

Dlatego Lewiatan proponuje, żeby w ustawie wartość bonu była równa minimalnemu wynagrodzeniu. – To nadal nie jest kwota odpowiadająca rynkowej cenie usługi, ale w większym stopniu pokrywa rzeczywiste koszty związane z poszukiwaniem pracownika – wyjaśnia Monika Fedorczuk.

Kolejne zastrzeżenia

Partnerzy społeczni zwracają też uwagę na kilka innych wad. Grzegorz Kuliś uważa, że dużym mankamentem zaproponowanego przez resort rodziny rozwiązania jest wyłączenie spod rekompensaty pracowników tymczasowych.

Natomiast Arkadiusz Pączka twierdzi, że proponowane przepisy wskazują na całkowitą swobodę urzędu pracy w przyznaniu bonu ofertowego. – Naszym zdaniem celowe byłoby określenie dodatkowych przesłanek, na które mógłby powoływać się pracodawca chcący skorzystać z refundacji – mówi.

Sprzeciw Lewiatana budzi natomiast zapis, zgodnie z którym urząd pracy wypłaca refundację wtedy, kiedy pracownik skierowany przez agencję zatrudnienia przepracuje 90 dni u danego pracodawcy. – W przepisie nie ma żadnych odstępstw od tej zasady. Natomiast w sektorze budowlanym, handlu czy turystce bardzo często dochodzi do porzucenia pracy. Zdarzają się również sytuacje, kiedy stosunek pracy jest rozwiązywany z winy pracownika – tłumaczy Monika Fedorczuk. Dlatego proponuje, aby refundacja nie była wypłacana tylko wtedy, gdy umowa ze skierowanym przez agencję pracownikiem została rozwiązana przez pracodawcę. 

Etap legislacyjny

Projekt w konsultacjach