Zamiast ustawić się w kolejce po socjal, chcieli pokazać, że potrafią zadbać o rodzinę. Znaleźli lepszą pracę, przekroczyli magiczne progi o kilka złotych i stracili prawo do zasiłków. Zostali sami z przekonaniem, że w tym kraju zaradność nie jest w cenie.

Najpierw ZUS odebrał jej rentę, twierdząc, że w gruncie rzeczy jest zdrowa. – Nie ma to jak solidny kop od życia – mówi mi Marlena. Ma na utrzymaniu dziecko, a ojciec od dawna nie rwie się do płacenia alimentów. Musiała szybko znaleźć pracę. I gdy wydawało się jej, że staje na nogi, runęła na ziemię: minimalnie za wysokie zarobki sprawiły, że straciła prawo do wsparcia z Funduszu Alimentacyjnego. Ostatnio coraz częściej siada w kuchni, gdy syn już śpi, i zastanawia się, co dalej. – Za mało, żeby żyć, za dużo… – nie kończy zdania. – Gdybym może umiała kombinować, pewnie byłoby mi łatwiej. Prosta zaradność w tym kraju nie jest w cenie.

Ale po kolei. Marlena M. (inicjał prawdziwy) na początku sądziła, że to pomyłka. Pisała więc kolejne odwołania, m.in. do wiceburmistrza miasta, w którym mieszka. Tego, który w niedawnych wyborach przedstawiał się jako człowiek wrażliwy na sprawy społeczne. Obiecał, że się pochyli nad jej problemem. – I wymyślił: mogę złożyć podanie o rentę socjalną. Tę, którą właśnie ZUS mi odebrał. Oto dowód, jak wnikliwie przyjrzał się mojej sprawie – ironizuje.