Rzucali korporacje, bo mieli dość wyniszczającej pracy lub marzyły im się własne biznesy. Teraz do nich wracają. – To miejsce, gdzie mogę pracować przy największym komforcie, z którego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy – opowiada Agnieszka, pięć lat w korporacji, teraz od marca ponownie w międzynarodowej firmie. Ten komfort odkryła, kiedy przez kilka miesięcy najpierw była wolnym strzelcem, a potem zaczęła jej ciążyć nieprzewidywalność zleceń („Raz spiętrzenie, raz zero pracy”) i brak stałego miesięcznego dochodu.
Monika dzwoni do mnie kilka minut po tym, jak skończyłyśmy rozmowę. Jest zdenerwowana. Kilka miesięcy temu wróciła do pracy w korporacji – kolejnej, bo w pierwszej przepracowała sześć lat; w przerwie zatrudniła się w małej agencji reklamowej i zapisała na kurs pisania książek. Ale zachowuje się tak, jakby pracowała w służbach specjalnych – na wstępie po raz kolejny upewnia się, że nie będę nagrywać rozmowy i że zadbam o to, by ukryć jej tożsamość, by nikt po przeczytaniu tekstu jej nie rozpoznał. Potem decyduje, że chce pozostać anonimowa. – A może w ogóle nie będziemy podawały, jaki jest profil firmy – pyta. Zgadza się opowiedzieć o powrocie do koncernu, ale i przy tym stawia warunek: wcześniej wyślę jej wypowiedzi do autoryzacji. Jak tłumaczy, a mówi wtedy przyciszonym głosem, to dlatego, że podpisała zobowiązanie, że nie będzie działała na szkodę firmy – podobnie jak większość jej koleżanek i kolegów z międzynarodowych koncernów, którzy także nie chcą wystąpić pod nazwiskiem. Wielu w ogóle odmówi – będą tłumaczyć, że mają zbyt dużo do stracenia.
Z opowieści tych, którzy zgodzili się ze mną porozmawiać, wyłania się obraz 30–40-latków, byłych korporacyjnych białych kołnierzyków, którzy dziś wracają „na stare śmieci”. Gdy wchodzili do koncernów po raz pierwszy, chcieli po prostu zdobyć doświadczenie. Teraz, jak z przekonaniem deklarują, stają do wyścigu szczurów jedynie na chwilę i na własnych zasadach.