W Polsce udział w akcjach charytatywnych stanowi wizerunkowy obowiązek polityka, biznesmena czy celebryty. Mało kto kwestionuje sensowność takich działań czy pyta o ich rolę. Bo trwale wpisały się już one w nasze życie publiczne – wypada dać kilka złotych na WOŚP, Caritas lub Szlachetną Paczkę. Z niedawno przeprowadzonego sondażu CBOS wynika, że 10 proc. badanych Polaków działa w organizacji charytatywnej, która pomaga dzieciom, a 8,6 proc. stanowią ci, którzy udzielają się w różnego rodzaju organizacjach charytatywnych pomagających chorym, niepełnosprawnym, seniorom, ubogim, bezdomnym oraz innym potrzebującym.
Tymczasem akcje charytatywne służą wypełnianiu luk, które pozostawia państwo.
Reklama
Zgodnie z artykułem 68 Konstytucji RP „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Trudno w tym kontekście pojąć, skąd bierze się wielość zbiórek na operację ciężko chorego dziecka albo coroczne zbieranie datków na sprzęt medyczny przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Traktowanie akcji charytatywnych jako elementu walki z ubóstwem czy czynienie ich częścią służby zdrowia nie jest czymś oczywistym i naturalnym, lecz bierze się z deficytów państwa na tych polach.

Reklama
Po 1989 r. obecność państwa w gospodarce stała się przedmiotem ostrej krytyki. Czołowi politycy i dziennikarze zaczęli dezawuować sektor publiczny, wygłaszając pochwały na cześć brania spraw we własne ręce. Negatywny stosunek do minionego ustroju legitymizował malejącą rolę państwa i zawężanie przestrzeni jego interwencji. Jedną z konsekwencji takiego podejścia stała się marginalizacja polityki społecznej i dowartościowanie akcji charytatywnych, które miały przejąć dotychczasowe zadania państwa w tej dziedzinie. Odrzucono systemowe rozwiązania dotyczące ograniczenia nierówności społecznych czy zwalczania biedy. Takie zjawiska, jak strukturalne bezrobocie czy dziedziczenie ubóstwa przestały być traktowane jako poważne problemy. Stąd już w pierwszych latach przemian znacznie ograniczono zasięg świadczeń społecznych.
Po blisko 30 latach przemian Polska wciąż należy do krajów o najniższych wydatkach na zabezpieczenia społeczne w Unii Europejskiej. Według ostatnich danych Eurostatu średnie wydatki państw UE na świadczenia społeczne wynoszą 28,7 proc. PKB, a w Polsce zaledwie 19 proc. Gdybyśmy dorównali średniej unijnej, nasz kraj wydawałby na politykę społeczną ponad 170 mld zł rocznie więcej niż obecnie.
W tym kontekście trudno się dziwić, że w Polsce są tak wysokie wskaźniki ubóstwa i wykluczenia społecznego, że mamy jedne z najniższych w Europie wydatków na służbę zdrowia, że wskaźniki aktywności zawodowej są bardzo niskie. W dominującej od lat narracji te patologiczne zjawiska nie są jednak problemami społecznymi, z którymi państwo powinno walczyć. Za naturalny uważa się podział na ludzi bogatych, mających pieniądze, wpływy i prestiż społeczny, oraz ludzi biednych, pozbawionych środków do życia, szacunku i możliwości wpływu na otoczenie.
Spektakl akcji charytatywnych i odświętnej dobroczynności ma wypełniać lukę, która powstała po likwidacji opiekuńczych funkcji państwa. Najbogatsi Polacy od wielu lat naciskają na rzecz niskich i mało progresywnych podatków, cięć socjalnych i wycofywania się państwa z funkcji opiekuńczych. Dane Eurostatu dowodzą, że zrealizowali swój cel. Nie tylko świadczenia społeczne, lecz także podatki są w Polsce bardzo niskie. Obciążenia fiskalne najlepiej zarabiających obywateli należą w Polsce do najniższych w UE. Trudno o całościową politykę społeczną, gdy nie ma na nią środków. Również obecny rząd, który wprowadził co prawda świadczenie 500+, nie odważył się podnieść obciążeń fiskalnych dla najbogatszych. W efekcie wprowadzono świadczenie, które nieco poprawi sytuację części rodzin, ale władza już nerwowo szuka oszczędności, bo brakuje jej środków na sfinansowanie sztandarowego programu. Od lat mamy do czynienia z bardzo niewielkim interwencjonizmem państwa i na tym polu PiS nie wprowadził na razie znaczącej zmiany.
Choć skala aktywności państwa jest w Polsce bardzo ograniczona, akcje charytatywne stanowią minimalny ułamek wydatków z sektora publicznego. Inicjatywa Jerzego Owsiaka, która jest nagłaśniana przez największe media, zebrała w ubiegłym roku niecałe 73 mln zł. Te pieniądze pewnie pomogą niektórym dzieciom, niemniej jednak jest to kwota mniejsza niż 0,1 proc. rocznych składek na Narodowy Fundusz Zdrowia (w 2015 r. wyniosły one blisko 70 mld zł). Podobnie symboliczna jest pomoc organizacji związanych z Kościołem – przy olbrzymiej reklamie mediów Szlachetna Paczka w ubiegłym roku zebrała ok. 54 mln zł, a Caritas miał przychody na poziomie nieznacznie przekraczającym 20 mln zł. Funkcjonowanie tych organizacji ma świadczyć o rzekomej dobroczynności kleru, tymczasem pomoc charytatywna fundacji katolickich jest wielokrotnie niższa od środków, które Kościół otrzymuje z budżetu państwa.
W spektaklu akcji charytatywnych Kościół katolicki odgrywa istotną rolę. Społeczna nauka Kościoła opiera się na sceptycyzmie względem scentralizowanych, państwowych form walki z nędzą. Istnienie biedy daje pole dla miłosiernej dobroczynności, w której Kościół odgrywa istotną rolę. Wszelkie formy niesprawiedliwości są tłumaczone jako skutki ułomności ludzkiej natury i wyzwanie dla pokrzywdzonych, aby nie zwątpili w bożą łaskę. Jednocześnie, przejmując funkcje opiekuńcze państwa, Kościół zyskuje możliwość prowadzenia akcji ewangelizacyjnej wśród ubogich. Księża angażujący się w akcje charytatywne często też umacniają liberalną wizję państwa, zgodnie z którą osoby biedne same są winne swojemu wykluczeniu.
W tę narrację świetnie wpisuje się twórca Szlachetnej Paczki ksiądz Jacek Stryczek. Jego zdaniem umowy śmieciowe są dobre, bo „im bardziej elastycznie, tym lepiej”. Biedakom i żebrakom nie należy pomagać, bo „żyją z tego, że wyglądają na biednych”. Szef firmy nie powinien dzielić się nadwyżką z pracownikami, bo „dzielenie się nie jest właściwe”. Stryczek często powtarza, że pomoc nie jest dla każdego, tylko dla tych, którzy potrafią ją dobrze wykorzystać – czyli nie chodzi o ludzi najbiedniejszych i najbardziej wykluczonych, tylko o tych, którzy w świetle kamer pochwalą sponsora i dadzą swoim zachowaniem dobry przykład. Stryczek nawet w Biblii znajduje cytaty, które usprawiedliwiają brak wsparcia dla osób biednych i wykluczonych. „Nie ma takiego cytatu w Ewangelii mówiącego, że Jezus kazał się dzielić” – mówił niedawno duchowny.
W spektakl pomocy charytatywnej wpisują się też czołowi politycy, którzy co roku organizują wigilie dla biednych, aby podreperować swój wizerunek. Ta pomoc świetnie opisuje politykę kolejnych władz. Jej celem nie jest eliminacja bezdomności i ubóstwa, ale arbitralna i jednorazowa pomoc dla wybranych. W ten sposób samo państwo staje się organizacją charytatywną – nic nikomu się od niego nie należy. Może ono pomóc, kiedy jego najwyżsi urzędnicy mają gest i zdobywają się na akt litości wobec biedoty.
Zarówno rozmach, jak i liczebność akcji charytatywnych doskonale ilustrują skalę polskiego wykluczenia społecznego. Bieda nie jest przedstawiana jako przejaw niesprawiedliwości istniejącego porządku i jej istnienie nie prowadzi do programów zmian status quo. Przeciwnie, wizerunek chorego czy ubogiego człowieka pozbawionego instytucjonalnej opieki ma uwiarygodnić spektakl dobroczynności i wywołać subiektywne współczucie. W ten sposób bieda i niedofinansowanie służby zdrowia są traktowane jako konieczności, z którymi trzeba się pogodzić, a którym można przeciwdziałać jedynie poprzez pomoc charytatywną.
Warto też zwrócić uwagę, że organizacje charytatywne często są częścią strategii reklamowej dużych przedsiębiorstw. Stąd wiele firm i mediów ma swoje fundacje, które ocieplają wizerunek biznesu. Niektóre organizacje charytatywne czerpią środki z corocznego odpisu podatkowego. Na tym polu od lat widać, że największe środki zdobywają fundacje, które już ugruntowały swój wizerunek medialny. Część z nich przeistacza się w prywatny biznes otoczony fałszywym płaszczykiem działalności charytatywnej. Posiadane środki pozwalają na szeroką i skuteczną kampanię reklamową, która z kolei umożliwia pozyskanie jeszcze większych kwot.
Popularnym sposobem promocji jest także dystrybucja darmowych programów do sporządzania PIT-ów z zakodowanym w nich beneficjentem 1 procentu. System sprzyja więc dużym organizacjom pożytku publicznego i marginalizuje te mniejsze, które niekiedy w największym stopniu są nastawione na niesienie konkretnej pomocy. Wydatki organizacji pozarządowych w niewielkim stopniu są też poddane nadzorowi. Często środki, które podatnicy chcą przekazać na edukację lub pomoc chorym dzieciom, zasilają budżet komercyjnej firmy reklamowej lub są przeznaczane na wysokie wynagrodzenia dla właścicieli organizacji.
Jeszcze bardziej nietransparentne, a do tego upolitycznione, jest wsparcie dla organizacji pozarządowych od instytucji publicznych. Ich struktura również jest silnie skoncentrowana wokół wąskiej grupy podmiotów, a ponadto władze formatują przekaz, gdyż zazwyczaj wspierają te organizacje, które wyrażają ich profil ideowy. Stąd na przykład od lat znaczne środki od państwa otrzymują organizacje związane z Kościołem. Często też wsparcie finansowe otrzymują organizacje pozarządowe powiązane z lokalną władzą.
Dążenie do pomagania innym ludziom jest czymś ważnym i godnym pochwały. Nie chodzi więc o to, aby zlikwidować inicjatywy opierające się na partykularnej dobroczynności. Istnieje zresztą wiele problemów, które trudno rozwiązać instytucjonalnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że demokratyczne państwo nie powinno uzależniać życia i zdrowia swoich obywateli od niczyjej łaski. Trudno bowiem zaakceptować, aby dobroczynne organizacje prowadziły zbiórki na opiekę medyczną, edukację, renty czy emerytury. Dostęp do podstawowych dóbr i usług powinien być prawem obywatelskim, a nie wynikiem dobrej woli poszczególnych jednostek.
Według ostatnich danych Eurostatu średnie wydatki państw UE na świadczenia społeczne wynoszą 28,7 proc. PKB, a w Polsce zaledwie 19 proc. Gdybyśmy dorównali średniej unijnej, nasz kraj wydawałby na politykę społeczną ponad 170 mld zł rocznie więcej niż obecnie