Tysiące dyrektorów i ich zastępców obawiają się, że po zmianie władzy z dnia na dzień stracą intratne posady. Opozycja nie kryje, że takie ma plany. Dzięki zmianom ze stycznia 2016 r. może to zrobić natychmiast i bez zmiany przepisów, jak to było praktykowane wcześniej.

Do tej pory przy każdej zmianie władzy jedna z pierwszych nowelizacji obejmowała pragmatykę zawodową urzędników pracujących w administracji rządowej. Nowe regulacje były wprowadzane pod pretekstem usprawnienia funkcjonowania urzędów. W rzeczywistości jednak chodziło o pozbycie się lub przesunięcie na inne mniej decyzyjne stanowiska osób zatrudnionych przez poprzedników. Nadchodzące wybory parlamentarne są ogromnym stresem nie tylko dla zajmujących najwyższe stanowiska w państwie, lecz także dla blisko 4 tys. dyrektorów i zastępców zatrudnionych m.in. w służbie cywilnej.

Zdaniem ekspertów osoby, które pełnią te funkcje, powinny trwać niezależnie od zmiany ugrupowań rządzących. Niestety za każdym razem, począwszy od dyrektorów generalnych, a skończywszy na osobach zarządzających departamentami lub biurami, muszą się liczyć z tym, że z dnia na dzień mogą stracić swoje posady. Obecnie przepisy są tak skonstruowane, że po ewentualnej zmianie władzy pierwszy raz nie trzeba będzie zmieniać regulacji dotyczących zatrudniania pracowników budżetówki.

Z dnia na dzień

Zgodnie z art. 53a ust. 1 i 2 ustawy z 21 listopada 2008 r. o służbie cywilnej (t.j. Dz.U. z 2022 r. poz. 1691 ze zm.) na stanowiska dyrektora generalnego powołuje i odwołuje minister, wojewoda lub szef innych instytucji. Z kolei na stanowiska dyrektorów i ich zastępców biur i departamentów powołuje i odwołuje dyrektor generalny. Takie rozwiązanie zostało wprowadzone 23 stycznia 2016 r. i funkcjonuje do tej pory. W praktyce dyrektor bez podawania powodu może być z dnia na dzień odwołany i w taki sam sposób może zostać przyjęty do pracy. W lepszej sytuacji są te osoby, które np. wcześniej pracowały w urzędzie jako pracownicy lub urzędnicy mianowani na innych stanowiskach. Wskutek powołania na poprzednim stanowisku udzielany jest im urlop bezpłatny. Z chwilą odwołania wracają na posadę poprzednią lub zbliżoną.

Co ciekawe, do bycia dyrektorem nie trzeba posiadać już doświadczenia w administracji, w tym na stanowisku kierowniczym (jak było jeszcze w 2015 r.). Wystarczy wyższe wykształcenie i niekaralność oraz – dla kandydata z zewnątrz – wymóg kompetencji kierowniczych.

Zanim wprowadzono tego typu rozwiązania, obowiązywała procedura konkursowa, taka sama, jak obecnie na niższych stanowiskach. W efekcie zwolnienie dyrektora po zmianie ekipy rządowej musiałoby być odpowiednio uzasadnione z wypowiedzeniem trwającym nawet trzy miesiące. Co więcej, jeśli okazałoby się, że jest to urzędnik mianowany, jego zwolnienie nawet w takim trybie było bardzo skomplikowane.

Pełni obaw

Być może dla rządzących takie rozwiązanie jest komfortowe, ale dla osób, które formalnie nie mogą być politykami, tylko zajmują wyższe stanowiska w służbie cywilnej, już nie. Ci obawiają się, że po zmianie władzy stracą pracę.

– Po każdych wyborach były zmiany na stanowiskach kierowniczych. Niestety w samorządach też boją się wyborów, a tak nie powinno być, bo jeśli urzędnik jest specjalistą, sprawdza się, to niech pracuje, a nie traci pracę. Te zmiany wprowadzone w 2016 r. budzą jednak większe niż wcześniej obawy o to, „co zrobi miotła” – mówi Aneta Łapińska z Warmińsko-Mazurskiego Urzędu Wojewódzkiego. – Szanujmy tych, którzy są specjalistami i dobrze pracują. Przecież ktoś musi wykonać powierzone zadanie. Nie wiem, jaki jest sens zwalniać kompetentne osoby, czego obawiają się zwłaszcza osoby na wyższych stanowiskach. Najważniejsze jest, aby utrzymać dobrą atmosferę pracy. Jeśli dojdzie do zmiany, to chciałabym, aby to był przełożony, z którym się porozumiem – apeluje.

Podobnie nerwowo jest w innych instytucjach.

– Strach przed wyborami jest widoczny zwłaszcza wśród dyrektorów tzw. znajomych polityków i rodzin innych urzędników. Po tym majstrowaniu przy ustawie o służbie cywilnej opozycja, jeśli przejmie władzę, nie musi zmieniać prawa, aby ich się pozbyć – przyznaje Robert Barabasz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Łódzkim Urzędzie Wojewódzkim.

Będą małe i duże zmiany

Ludzie związani z opozycją, którzy od lat zajmują się administracją państwową, nie kryją nawet swoich planów powyborczych.

– Jeśli wygramy wybory, w pierwszej kolejności będziemy chcieli dokonać tzw. depisyzacji w całej administracji i spółkach Skarbu Państwa, a dopiero w kolejnym etapie chcemy pracować nad pogłębioną reformą polegającą na polepszeniu usług w administracji z podziałem na administrację rządową i samorządową. Chcemy też zlikwidować ustawę z 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych. Nie wprowadzimy tych zmian oczywiście z dnia na dzień, ale oczekiwanie społeczne jest ogromne, aby skończyć z układami politycznymi w urzędach i nepotyzmem – mówi Mariusz Witczak, poseł KO i były członek Rady Służby Cywilnej, a także potencjalny szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

– Nie wyobrażam sobie zachowania na stanowiskach dyrektorskich osób u obecnego premiera, które w ten sposób weszły do korpusu urzędniczego i zarabiają po 18 tys. zł, a zajmują się marketingiem politycznym, a nie sprawami związanymi z pracą urzędniczą – dodaje.

Kierownicy spoza SC

Obecna władza, po zmianach w 2016 r. w przepisach o służbie cywilnej, wprowadziła podobne mechanizmy na innych wysokich stanowiskach, np. w ZUS, KRUS czy NFZ. Tam obowiązuje podobny mechanizm powoływania i odwoływania, rezygnując przy tym z otwartego i konkurencyjnego naboru.

– W moim okręgu wyborczym jest katecheta na stanowisku kierownika KRUS. Wiadomo, że jeśli PiS przegra wybory, to ten człowiek najprawdopodobniej zostanie odwołany – przyznaje Mariusz Witczak.

Eksperci domagają się zmiany prawa.

– Mam nadzieję, że zostanie przywrócone rozwiązanie, że konkursy i ogłoszenia o wolnych stanowiskach będą dostępne dla wszystkich obywateli. Obecne regulacje są niekonstytucyjne, bo dostęp na wyższe stanowiska do służby publicznej jest ograniczony – mówi prof. dr hab. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego i były członek Rady Służby Cywilnej. – Z pewnością administracja rządowa musi przejść gruntową reformę, która pozwoli na pracę specjalistom, i to bez obaw, że po zmianie władzy część urzędników odejdzie – podkreśla profesor. ©℗

Więcej powołań i odwołań z wyższych stanowisk / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe