Wiadomo, że prezes Kaczyński rzadko kiedy nie robi czegoś świetnie, zwłaszcza według polityków Zjednoczonej Prawicy. Ale śmiem twierdzić, że zdecydowana większość przedsiębiorców i znaczna część pracowników nie zgodzi się z panią minister. Bo rząd od sierpnia ub.r. zapowiadał ustawę, która miała umożliwić im sprawdzanie certyfikatów zaszczepienia lub ozdrowienia w miejscu pracy. Przepisy miały być przyjęte już we wrześniu. Potem projekt rządowy – który nigdy nie został upubliczniony – ostatecznie został zastąpiony poselskim (posła Hoca), a ten kolejnym – nazywanym projektem posła Rychlika. Każdy z nich miał być procedowany „szybko”, aby był „skutecznym narzędziem w walce z pandemią”. W międzyczasie minęła czwarta fala i trwa już piąta, a przepisów nie tylko nie ma, lecz także – jak wszystko wskazuje – nie będzie. Zastosowano więc modus operandi znany w Polsce nie od dziś – my tu markujemy działania, żeby nie było zarzutów, że nic nie robimy, a wy, drodzy obywatele, jakoś sobie radźcie sami. I mamy nadzieję, że po Omikronie żadna weryfikacja nie będzie już potrzebna, bo COVID-19 stanie się sezonowym, mniej groźnym schorzeniem.
Na to złagodzenie zagrożenia liczą teraz też pracodawcy. Ci, którzy rzeczywiście obawiali się sparaliżowania produkcji przez kwarantanny lub ewentualne branżowe lockdowny, pozyskali już informacje o statusie zdrowotnym zatrudnionych w sposób nieformalny (np. oferując dzień wolny na szczepienie albo dodatek za przyjęcie preparatu). I wykorzystują tę wiedzę przy organizacji pracy, np. dzieląc zatrudnionych na zespoły lub okresowo przenosząc ich do innych prac na podstawie art. 42 par. 3 k.p. Inni – bardziej odważni – określają wręcz wymóg zaszczepienia przy pracy na konkretnym stanowisku lub domagają się certyfikatów covidowych przed wejściem na teren zakładu. Wszyscy ryzykują, bo nie ma obecnie wyraźnej podstawy prawnej do żądania od pracowników informacji o szczepieniu (zwłaszcza że jest ono dobrowolne). Na dodatek w dobie piątej fali, wywołanej wysoce zaraźliwym wariantem koronawirusa, takie działania mogą być już niewystarczające. Przydałaby się możliwość kierowania pracowników – przynajmniej tych najbardziej zagrożonych – na systematyczne, bezpłatne testy (i oczywiście obowiązek okazywania ich wyników). A tego sami pracodawcy, bez wsparcia państwa, nie zrobią.
Reklama
Tymczasem sprawujący władzę zastanawiali się raczej, co zrobić, żeby nie uchwalić przepisów, które mogą być negatywnie przyjęte przez ich elektorat, a jednocześnie móc odpierać zarzuty co do braku walki z kolejnymi falami pandemii. Receptą okazało się przedstawienie projektu Rychlika, którego przyjęcie – z przyczyn społecznych (choćby konfliktów w zakładach pracy) – było niemożliwe. Na dodatek można w ten sposób przerzucić odpowiedzialność za brak przepisów na opozycję, która sprzeciwiła się uchwaleniu zmian. Czyli na Wiejskiej i przy al. Ujazdowskich wszyscy mogą być zadowoleni, bo świetnie rozegrano tę sprawę. Szkoda tylko, że tego samego nie mogą powiedzieć pracodawcy i pracownicy.