Na pytania mediów przedstawiciele rządu odpowiadają ogólnikami typu „analizujemy te rozwiązania prawne” lub „okazało się, że wywołują one polaryzację społeczną”. Z ust polityków te słowa brzmią i śmiesznie – bo nikt tak nie dzieli z premedytacją społeczeństwa jak oni – i strasznie zarazem, skoro rząd nie wprowadzi rozwiązań skuteczniej zabezpieczających społeczeństwo przed zachorowaniami, bo nie chce drażnić mniejszości, która zaszczepić się nie chce. Albo, co gorsza, obawia się wręcz, że antyszczepionkowcy w szeregach partii władzy doprowadziliby do odrzucenia takiej ustawy w Sejmie. Wstydu byłoby co nie miara.
To bardzo smutna konstatacja dla zwykłego obywatela, który się zaszczepił. Posłuchał rządu i przyjął preparat, licząc się z pewnym ryzykiem zdrowotnym, przełamując w sobie „wewnętrznego foliarza”, bo przecież każdy ma jakieś wątpliwości co do pandemicznego zagrożenia i przygotowywanych na szybko szczepionek. Zrobił to nie tylko, aby zapewnić sobie większą ochronę, ale też dla dobra ogółu – żeby nie trzeba było wprowadzać kolejnych lockdownów, zamykać biznesów i szkół, izolować się w domu. Zachował się odpowiedzialnie, wręcz patriotycznie. Okazało się jednak, że dla rządu ważniejsze jest to, by nie zrażać do siebie antyszczepionkowych wyborców i wygrać kolejne wybory, niż zapewnić takiemu obywatelowi bezpieczeństwo (i jego bliskim). I to mimo że tych ostatnich jest więcej niż odmawiających przyjęcia preparatów, skoro w pełni zaszczepionych jest ponad 19 mln osób. Są wśród nich pracodawcy, którzy nie będą wiedzieć, kogo mają np. kierować do pracy zdalnej lub w większym odosobnieniu ani który klient jest zaszczepiony. Są też pracownicy, którzy nie pozyskają informacji o tym, czy kolega ze stanowiska obok się zaszczepił. Ich obawy o to, czy w trakcie kolejnych fal pandemii cała załoga nie wpadnie w kwarantannę albo o „przyniesienie wirusa z pracy do domu”, są dużo mniej istotne niż poglądy antyszczepionkowców.