Zakaz będzie więc szczelniejszy, ale niemałym kosztem. Poniosą go chociażby właściciele kwiaciarni, kiosków, sklepów z pamiątkami, piekarni, cukierni i placówek handlowych, w których przeważa działalność gastronomiczna. Ich też będzie dotyczył wspomniany wcześniej wymóg dotyczący obrotów. Jeśli chcą otwierać swoje obiekty w niedzielę, to będą musieli wykazywać, że co najmniej 50 proc. przychodu uzyskują ze sprzedaży odpowiednio kwiatów, prasy lub biletów albo kuponów gier losowych, pamiątek lub dewocjonaliów, pieczywa, wyrobów cukierniczych, usług gastronomicznych. Aby to udowodnić, zostaną zobowiązani do prowadzenia miesięcznej ewidencji z podziałem na przychód z działalności przeważającej (np. właściciel cukierni – ze sprzedaży wyrobów cukierniczych) oraz pozostałej (czyli np. ze sprzedaży napoi i innych artykułów spożywczych). Czyli w praktyce kwiaciarka lub cukiernik będą musieli prowadzić dzieloną ewidencję przychodów po to, żeby sieci typu Biedronka lub Lewiatan nie mogły się podszywać pod działalność dopuszczoną w niedzielę i omijać ograniczenia.
Nie można też pomijać faktu, że zakaz będzie szczelniejszy kosztem niedzielnych konsumentów. Czy się to podoba projektodawcom, czy nie, to jednak Żabka miała swój wkład w spokojne wdrożenie ograniczeń. Jako sklep ze statusem placówki pocztowej była wentylem bezpieczeństwa dla wielu osób, którym w niedziele zabrakło nagle pieczywa, słodyczy czy papierosów. Po uszczelnieniu zakazu zamknięte zostaną i te placówki (chyba że za ladą stanie właściciel; zyskają na tym zapewne stacje paliw, bo one wciąż będą otwarte i oczywiście mogą handlować, czym tylko chcą). Możliwe, że właśnie takiego skutku, a nie kolejnego rozszczelnienia zakazu, najbardziej powinni się obawiać projektodawcy. Jeśli przykręcą zakaz zbyt mocno, to opinia publiczna może oceniać go coraz bardziej negatywnie. Nie powinni zapominać, że w ważnych społecznie kwestiach najskuteczniejsze są zazwyczaj rozwiązania kompromisowe. ©℗