Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że kampania będzie się kręcić wokół krzyża smoleńskiego i cen na półkach sklepowych. Aż tu nieoczekiwanie na agendę wszystkich partii politycznych wskoczyła rodzina. Tak trzymać.

Polityka demograficzna i edukacja młodych Polaków doczekały się wreszcie szerokiej, publicznej debaty. Szkoda tylko, że dopiero po tym, jak polityka rodzinna rządu zbankrutowała.

Na koniec wakacji gruchnęła informacja o drożyźnie w przedszkolach. Później pojawiły się doniesienia o nieprzygotowanych do przyjęcia sześciolatków szkołach i wolta minister Hall, która rano w Sejmie broniła reformy edukacji, by po południu się z tego wycofać. „DGP” na wiosnę jako pierwszy pisał o kontroli inspekcji sanitarnej, która wskazywała, że szkoły są nieprzygotowane do przyjęcia sześciolatków, w maju donosiliśmy o malejącej liczbie rodzących się dzieci, a niespełna dwa tygodnie temu o pierwszym od sześciu lat ujemnym przyroście naturalnym. I to my biliśmy na alarm, że Polki w Wielkiej Brytanii rodzą dwa razy więcej dzieci niż w Polsce.