Mit niskich świadczeń

Emerytury w Polsce nie są wcale niskie. Stopa zastąpienia (definiowana jako relacja emerytury do średniej pensji), jak wynika z najnowszego raportu OECD „Pension at a Glance 2011”, jest u nas wysoka. Wynosi 59 proc. Średnia dla 34 najlepiej rozwiniętych gospodarek świata to 57,3 proc. Zawyżają ją jednak takie tuzy, jak Arabia Saudyjska (100 proc.), Luksemburg (87,4 proc.) i Holandia (88,1 proc.). Co ciekawe, hojna jest także bankrutująca Grecja – tam emerytura stanowi 95,7 proc. średniej płacy. W USA czy Wielkiej Brytanii wynosi odpowiednio 39,4 proc. i 31,9 proc. Nawet w uważanej za socjalną Szwecji jest niższa niż w Polsce – 53,8 proc. Oczywiście odczucie indywidualne zamożności emerytów jest w Polsce inne niż w bogatszych krajach świata – tam obywatele mogą kupić za swoje pieniądze więcej. Ale musimy porównywać świadczenia do płac i naszego poziomu zamożności. Trzeba też pamiętać, że dzisiejsi 20- czy 30-latkowie muszą się liczyć z tym, że ich emerytura wyniesie około 35 proc. średniej pensji. Fundują wysokie emerytury starszym osobom, ale sami mogą liczyć na połowę tego, co dostają ich rodzice i dziadkowie. Emerytury nie tylko, że są stosunkowo wysokie, to jeszcze hojnie waloryzowane. Coroczna marcowa podwyżka uwzględnia inflację oraz co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac. Daje to emerytom nie tylko gwarancję, że ich świadczenia nie będą realnie maleć (co może się zdarzać pracownikom z ich pensją), ale także że ich wzrost uwzględni dynamikę PKB.

Nowy system spowodował ponadto, że młodzi oprócz tego, że muszą utrzymać rzeszę stosunkowo młodych emerytów, muszą też sami odkładać na własną starość w II filarze. To efekt okresu przejściowego. Płacą składkę do ZUS na bieżące wypłaty, a ponadto podatki na refundację składek, jakie trafiają do OFE. I nie jest tak, jak mówi rząd, że to jedyny sposób oszczędzania w OFE. Niższe wydatki ZUS, na przykład te na wcześniejsze emerytury górników, pozwalałby na niższe dotacje.

Rząd, nie oglądając się na przyszłe obciążenia obecnych 20-, 30-latków, pełną garścią czerpie na bieżące wypłaty z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Wykorzystuje – tak było w 2010 r., tak będzie też w tym – zgromadzone tam pieniądze, zamiast budować rezerwę na przyszłość. A kto za to zapłaci, gdy rzeczywiście pogorszy się sytuacja demograficzna? Właśnie młodzi.

Rynek pracy

Efektem hojnego systemu emerytalnego jest zastraszająco niski wskaźnik zatrudnienia starszych osób. W 2010 r. wyniósł on w krajach UE dla osób w wieku 55 – 64 lata 46,3 proc. W Polsce zaledwie 34 proc. To najgorszy (nie licząc malutkiej Malty) wynik w UE. Pracuje więc tylko co trzecia taka osoba. W Czechach jest ich 46,5 proc., w Niemczech ponad 57,7 proc., a w Szwajcarii i Norwegii 68 proc.

W Polsce jest ogromna rzesza osób biernych zawodowo. Takich, które nie pracują i pracy nie szukają, ale żyją na koszt pozostałych pracujących. Pięć lat temu było ich 14,18 mln, a obecnie jest ich 14,10 mln. Co najgorsze, z tej liczby 6,8 mln to osoby w wieku produkcyjnym. Część z nich kształci się lub jest niezdolnych do pracy ze względu na stan zdrowia, ale wiele korzysta z wcześniejszych emerytur, rent czy świadczeń przedemerytalnych. To osoby, które mogłyby pracować, ale tego nie robią. Korzystają ze świadczeń, które muszą finansować pracujący, ale sami nie przykładają się do wzrostu gospodarczego.

W efekcie państwo musi wysoko opodatkowywać pracę, aby mieć z czego wypłacać świadczenia, utrzymywać biernych. A wysokie koszty powodują, że młodzi są narażeni na śmieciowe umowy o pracę – na czas określony, z dwutygodniowym okresem wypowiedzenia, bez podawania przyczyny. Powoduje to lęk o przyszłość, niechęć do zakładania rodziny, poczucie braku stabilizacji, emigrację. Polska jest razem z Hiszpanią rekordzistą czasowych kontraktów. Na 12,3 mln pracowników najemnych 3,2 mln ma podpisane umowy. To ponad 26 proc. zatrudnionych.