Walka z zarazą staje się przykrywką dla egoizmu, bezmyślności, lenistwa. No i wygodnej arbitralności władzy – wszelakiej, nawet gdy to tylko władza rejestratorki czy woźnego. Profesor Łętowska zwraca jeszcze uwagę na używaną dziś wszędzie retorykę „radź se sam”. Czyli jak w banku czy urzędzie nie masz silnych łokci, to marne twoje szanse na wskóranie czegoś.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Obserwuję nowy świecki rytuał, czyli obyczaj traktowania konsumenta – klienta w różnych instytucjach wytworzony przez reżim sanitarny COVID. Twierdzę, że w bankach stało się to okazją do traktowania per noga absolutam” – napisała niedawno w mediach społecznościowych prof. Ewa Łętowska. – Nawet stołka nie wystawiono, by kobieta w słusznym wieku mogła na chwilę przysiąść, bo w kolejce w sprawie osobistego konta swoje trzeba było odstać – komentuje prawniczka, kiedy pytam ją o ostatnią wizytę w banku. Z jej obserwacji wynika, że wszystko, co się tylko da, wypycha się dziś do samoobsługi telefoniczno-internetowej, skazującej klienta na wysłuchiwanie automatu, który rzadko jest w stanie zaoferować kompetentną i pomocną poradę. Ale nawet w przypadku połączenia z konsultantem rozwiązanie problemu wymaga kilku telefonów, bo „udzielane informacje prowadzą donikąd”. Profesor Łętowska zastrzega, że to nie lament na koronawirusa, lecz na organizację życia w COVID-19.
Pod wpisem szybko pojawiły się liczne komentarze potwierdzające jej ocenę: „Pandemia stała się swoistym chwytem retorycznym nadającym się do uzasadnienia wszystkiego. Nawet najbardziej absurdalnej sytuacji. Jakoś tak się składa, że COVID-19 i jego pochodne nie prowadzą do udogodnień, tylko samych utrudnień. To już zaczyna być groteskowe”. – COVID jest wygodny. Nie można podważyć jego istnienia i dlatego wielu próbuje się nim tłumaczyć. Walka z zarazą staje się przykrywką dla egoizmu, bezmyślności, lenistwa. No i wygodnej arbitralności władzy – wszelakiej, nawet gdy to tylko władza rejestratorki czy woźnego – przekonuje była rzecznik praw obywatelskich.

Jest koronawirus, są kolejki

„Dla moich przyjaciół wszystko, dla moich wrogów prawo” – mawiał Óscar R. Benavides, peruwiański polityk i marszałek. Zdaniem prof. Łętowskiej słowa te doskonale pasują do polskiej rzeczywistości covidowej. – Weźmy np. to, co znalazło się w tarczach. W jednej z nich wprowadzono kary administracyjne nakładane przez sanepid na obywateli. Wcześniej takich kar mogli się spodziewać przedsiębiorcy – właściciele ubojni czy piekarni – jeśli nie trzymali się reżimu sanitarnego. Dziś kary idące w tysiące złotych są wymierzane obywatelom – podobno niezachowującym odstępu na ulicy. Co ważne, kara administracyjna jest natychmiast wykonalna, a procedura odwoławcza do sądu administracyjnego ciągnie się miesiącami. Kolejne rozporządzenia zmieniające rozporządzenia, do tego bez wymaganej delegacji ustawowej, są wątpliwe konstytucyjnie. Zły przykład idzie z góry i przekłada się na kolejne sfery życia, dotykając bezpośrednio obywateli. Zmiany w prawie wprowadzane na okoliczność pandemii powodują, że jesteśmy państwem rządzonym ad hoc – ocenia profesor.
Przekonał się o tym chyba każdy, kto próbował załatwić ostatnio jakąś sprawę urzędową. „Jest COVID, są kolejki do urzędów. Czy ktoś wie, czy da się szybciej niż z dwutygodniowym terminem odebrać prawo jazdy w wydziale komunikacji? Zapisy przez telefon, to już i tak niezła impreza” – to jeden z głosów w dyskusji na grupie mieszkańców warszawskiego Mokotowa. Ktoś inny sugeruje, że nie jest tak źle, bo dostał termin wizyty na za pięć dni. Inni odbierają to jako sukces.
– Poszedłem do Urzędu Dzielnicy Praga-Północ po zaświadczenie o zameldowaniu. W mojej okolicy powstaje strefa płatnego parkowania i muszę wykazać, że jestem mieszkańcem – opowiada swoją niedawną historię Marcin, menedżer w firmie turystycznej z Warszawy. Zaznacza, że dotąd wszelkie formalności załatwiał sprawnie. Tym bardziej był zaskoczony, gdy zobaczył, że przyjazny dla obywateli urząd zamienił się w bastion. – Niemal nie do zdobycia – ironizuje Marcin. Drzwi zamknięte. Pilotem otworzył je dopiero ochroniarz, od razu uprzedzając, że dziś z marszu nic się nie załatwi. – Trzeba umówić się e-mailowo lub telefonicznie – usłyszał. – W urzędzie nie było żywego ducha, przed wejściem też nikt nie czekał. Zadzwoniłem więc od razu do działu, który mnie interesował. Pani w słuchawce powiedziała, że nie ma dziś szans na przyjęcie, bo numerki dla interesantów już się skończyły. Może zaproponować termin na koniec tygodnia – a był poniedziałek – na godz. 12.30. Odmówiłem, bo o tej porze jestem w pracy. Wizyta w godzinach porannych była możliwa dopiero za 10 dni – opowiada Marcin.
Choć próbował tłumaczyć, że przecież przyszedł w godzinach pracy urzędu, że jest sam i nie zajmie dużo czasu, to bez efektu. – Urzędniczka chyba wyczuła absurd sytuacji. Powiedziała, że mnie rozumie, ale takie dostali wytyczne w związku z koronawirusem. Ma w godzinę przyjąć określoną liczbę osób zdalnie i osobiście – dodaje. Gdy w domu kliknął w zakładkę „rezerwuj wizytę” na stronie urzędu, okazało się, że faktycznie interesanci przyjmowani są co godzinę. – Teoretycznie mogę wbić się w ten grafik. I chyba mam szczęście, że nie chcę np. zarejestrować pojazdu. Bo tu informacja o „braku wolnych biletów” wyświetla się do końca miesiąca – mówi Marcin. Nie rozumie, jaki jest sens takiego rozwiązania i czym urząd różni się tu np. od spożywczego czy piekarni, gdzie ludzie też przychodzą załatwiać swoje sprawy.
Profesor Łętowska zwraca jeszcze uwagę na używaną dziś wszędzie retorykę „radź se sam”. Czyli jak w banku czy urzędzie nie masz silnych łokci, to marne twoje szanse na wskóranie czegoś. – Tak jest też ze szczepieniami. Władza przestrzega: obywatelu, zabezpiecz się przeciwko grypie. Zmotywowany pan X z panią Y ruszają na łowy po szczepionki, których jak na lekarstwo. I dalej: obywatelu, skontaktuj się z lekarzem, sanepidem, zorganizuj sobie kwarantannę lub izolację domową. Coraz więcej spraw jest w wersji zdalnej i tele, co z kolei powoduje wykluczenie części osób, które nie potrafią się w takich realiach odnaleźć – wylicza. Podkreśla, że jest daleka od sugerowania, że koronawirus to element spiskowej teorii, ale wprowadzane coraz to nowe wytyczne pokazują, jak dajemy się ustawiać po kątach.

Dzieci się z nas śmieją

Adwokat Maja Gidian nie pamięta ostatnio dnia bez e-maila czy telefonu od zdezorientowanych i rozgoryczonych rodziców. – Jeden opowiadał mi o przedszkolu w Gdyni, gdzie dyrekcja stworzyła kilkunastopunktowy regulamin. Znalazł się w nim np. zapis, że w związku z pandemią dzieci, które mają długie włosy, powinny nosić je związane. W innej placówce zakazuje się przynoszenia własnej wody i jedzenia. Kolejna nakłada na rodziców obowiązek zakładania maseczek, nie tylko w pomieszczeniu, ale też w drodze do przedszkola – wylicza mec. Gidian. Szczególnie utkwił jej w pamięci przypadek ucznia szkoły podstawowej, którego nauczyciel odesłał do kąta na całą lekcję, bo zapomniał maseczki. – Na zebraniach rodzice dostają do podpisania oświadczenia, że wyrażają zgody na badanie temperatury u dziecka. Jeśli tego nie zrobią, uczeń może mieć kłopoty z wejściem do szkoły – opowiada adwokatka. Z jej obserwacji wynika, że to częste powody narastania antagonizmów. Dlatego regulamin na czas pandemii powinien powstawać przy udziale rady rodziców, a może nawet prawnika i mediatora. Wówczas nie byłoby zarzutu, że coś się komuś narzuca. – A tak dostaję po kilkadziesiąt zapytań, z których większość zaczyna się od słów: „Czy to zgodne z prawem?”, „Czy muszę się na to godzić?”.
Iga Kazimierczyk z Fundacji Przestrzeń dla Edukacji opowiada, że gros placówek wprowadziło okienka czasowe – konkretną godzinę, o której dana grupa czy klasa wchodzi do budynku szkoły. Jak dziecko się spóźni, to musi czekać na otwarcie do kolejnego dzwonka lub prosić o interwencję rodzica. – Każdemu zdarzyło się choć raz zaspać. Nie wiem, o jaką formę zabezpieczenia przed COVID-19 może chodzić w tym przypadku, skoro dzieci i tak później są razem – zastanawia się Iga Kazimierczyk. Zaznacza, że zmiany organizacyjne są szczególnie dotkliwe dla rodziców dzieci zaczynających edukację. W poprzednich latach maluchy brały udział w zajęciach adaptacyjnych w pierwszych dniach przedszkola, a mama i tata byli przy nich. – Teraz w wielu miejscach zrezygnowano z takich praktyk, choć żadne rozporządzenie MEN tego nie nakazywało. W efekcie pod przedszkolami rozgrywały się dantejskie sceny odrywania dzieci od mam i ojców – mówi Iga Kazimierczyk. Kolejna kwestia to zajęcia dodatkowe czy przedstawienia. Są szkoły i przedszkola, które odwołały je, tłumacząc, że „prowadzone są przez obce osoby”. I znów nie ma w tym logiki – przecież sami nauczyciele pracują często w kilku szkołach jednocześnie. Z jednej strony powtarza się też uczniom, że muszą trzymać dystans między klasami, z drugiej – uruchamia się szkolną świetlicę.
W jednej z placówek w zestawie dokumentów do podpisania na pierwszym zebraniu w nowym roku znalazł się i taki druk: „Oświadczam, że oddając dziecko pod opiekę szkoły działającej w czasie stanu pandemii COVID-19: jestem świadomy/świadoma istnienia licznych czynników ryzyka grożących zarażeniem się COVID-19 a) dziecku; b) rodzicom/ opiekunom; c) innym domownikom i w przypadku zachorowania nie będę wnosił skarg i zażaleń”. – To radosna twórczość dyrekcji bez podstawy prawnej – podkreśla Iga Kazimierczyk. – Rozumiem zobowiązanie do nieprzysyłania dzieci z gorączką i katarem. Ale to brzmi jak przerzucenie odpowiedzialności i nie powinno mieć miejsca.
Nauczyciele często mają problem, jak wytłumaczyć sensowność dziwacznych obostrzeń uczniom. Anita, która uczy w szkole podstawowej na Podkarpaciu, w starszych klasach nieraz musiała już odpowiadać na ironiczne pytania: „Proszę pani, a jak to jest, że ten wirus może nas atakować tylko na przerwie i dlatego nosimy maseczki, a w klasie już nie, więc je zdejmujemy?”. – Dzieci się z nas śmieją, a my musimy wybrnąć jakoś z twarzą. Ale na kogo się powołać? Na byłego ministra zdrowia, który na pytanie, czy maseczki pomagają, odpowiadał żartobliwie w wywiadzie: „ale doustnie czy na ręce?”. Podkreślał, że nie zabezpieczają przed wirusem, po czym wprowadził nakaz ich noszenia – zastanawia się Anita. – Na początku zgłaszałam swoje wątpliwości dyrekcji, ale w końcu zamilkłam, bo szanuję swoją pracę i chcę ją wykonywać jak najdłużej bez dodatkowych napięć. Nie chcę walczyć z człowiekiem, tylko z restrykcjami, z których gros nie ma sensu.
Dyrektor jednej z warszawskich podstawówek przyznaje, że nawet rozumie, dlaczego rodzice narzekają. – Ale jest i druga strona medalu. Na mnie spoczywa obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa i z tego jestem rozliczana. Gdzie mogę, idę ludziom na rękę. Gdy rodzice nie zgodzili się, by dzieci dezynfekowały ręce płynem i powoływali się na zalecenie GIS, zrezygnowałam z tego wymogu. Mimo że kilkoro moich pracowników to osoby na emeryturze i ich obawa o zdrowie jest zrozumiała. Dlatego z pomiaru temperatury nie zrezygnuję, bo potem inni mogą mieć do mnie uzasadnione pretensje, że wpuściłam na teren chore dziecko – tłumaczy dyrektor.
Zdaniem prof. Ewy Łętowskiej w takich reakcjach czai się strach przed konsekwencjami. – Dyrektorzy szkół i przedszkoli boją się zarzutu, że czegoś nie dopilnowali. Ustawodawca dokłada swoje: właśnie covidowo zaostrzono przepisy o odpowiedzialności za błąd lekarski. Boją się w urzędach, bankach, przychodniach. W ludziach zakorzenił się też strach podstawowy o zdrowie swoje i bliskich. Dlatego na wszelki wypadek godzą się na ograniczenia, choć nie widzą w nich sensu.

Toga, toga, toga

„Stoję w kolejce. Ochroniarze nie pozwalają mi wejść, decydują, kogo wpuszczą. O, właśnie przecisnął się ktoś w todze prawniczej. Hej, to jest myśl. Ktoś wie, gdzie zdobyć takie ciuchy?” – relacjonuje w mediach społecznościowych osoba, która chciała dostarczyć do sądu pisma w swojej sprawie. Z komentarzy wynika, że toga to wydatek od 350 zł w górę. „Chyba że potraktuje się to jako inwestycję na najbliższe miesiące” – ktoś zauważa żartobliwie.
– Rzeczywiście, w sądach rządzą dziś ochroniarze i najwyraźniej udziela im się atmosfera tych instytucji – potwierdza Bartosz Pilitowski, prezes Fundacja Court Watch Polska. Według niego ubiór interesanta może tu mieć znaczenie, czego dowodzi sytuacja sprzed kilkunastu dni, do której doszło w sądzie w Tarnowie. Ubrany w garnitur wolontariusz fundacji rano załatwiał tam sprawy. Po południu musiał pilnie znowu zjawić się w sądzie – tym razem miał już na sobie zwykły podkoszulek. Ochrona nie wpuściła go, wyjaśniając, że „takie są procedury”. – Na szczęście zrobiło się zamieszanie, sprawa dotarła do dyrekcji sądu i została szybko rozwiązana na naszą korzyść – podkreśla Bartosz Pilitowski. Na początku lockdownu gmachy wymiaru sprawiedliwości w całej Polsce zamknięto. Nie było procedur działania, wstrzymano bieg terminów, załatwiano tylko pilne sprawy. 18 maja Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło rekomendacje mające umożliwić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w czasie epidemii COVID-19. Zakładały one m.in. zakaz wstępu do sądów osób innych niż te wzywane do udziału w posiedzeniu bądź mających inną niezbędną potrzebę. Resort zalecił też prezesom wydanie zarządzeń zabraniających lub ograniczających dostęp publiczności do sal rozpraw. – To jest wyraźny konflikt między dwiema wartościami konstytucyjnymi: ochroną zdrowia i życia a prawem do rozpatrzenia sprawy w sposób sprawiedliwy i jawny, o czym mówi m.in. art. 45 konstytucji. Jawność rozprawy oznacza możliwość bezpośredniego śledzenia jej przebiegu, a także informowania o nim w mediach. To element kontroli społecznej. Dziś sądy wykorzystują możliwość rozpatrywania i zamknięcia sprawy na posiedzeniu niejawnym – pod warunkiem że strony na to przystaną. A zazwyczaj tak się dzieje, bo obywatel ma obawę, że inaczej będzie musiał czekać latami na wyrok. Może to grozić jednak tym, że ludzie nie będą z rozstrzygnięć zadowoleni. Będą wątpić, czy np. wszystkie ich argumenty wybrzmiały – tłumaczy prezes Fundacja Court Watch Polska. Zastrzega też, że są i pozytywne rozwiązania, np. rozprawy online. I tak w Sądzie Rejonowym Łódź-Śródmieście można zgłosić się po link do transmisji i uczestniczyć w niej jako publiczność z domu, podobnie w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu. Ale to wyjątki. – W swoich zarządzeniach prezesi sądów ustalili, że osoba, która chce obserwować rozprawę, musi złożyć wcześniej wniosek o przyznanie karty wstępu. Niestety docierają do nas sygnały, że są problemy z ich wydawaniem. Nie dlatego, że się skończyły lub ktoś zapomniał o nie wystąpić. Tylko tak, po prostu. Spytaliśmy m.in. Sąd Apelacyjny w Poznaniu o to, dlaczego sprawy są zamykane dla publiczności. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że sale, jakimi tam dysponują, ledwo spełniają normy dystansu po wejściu stron postępowania. A co dopiero osoby trzecie. Moim zdaniem to nie jest wystarczające wytłumaczenie – uważa Pilitowski.
– Pojawiają się kuriozalne przepisy, od których nie ma się jak odwołać bez wszczynania kłótni – mówi prof. Łętowska. Listę aktywności objętych nowymi, wątpliwymi reżimami rozszerza jeszcze o demonstracje. Jedne są dobre, a drugie złe. Jedne się ochrania, a drugie rozwiązuje pod pretekstem covidowego zagrożenia. – Wszystko przez proporcjonalność. W ostatnich miesiącach zapomnieliśmy o niej.
Alina Czyżewska z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska przekonuje, że kolejne koronawirusowe restrykcje pokazują tylko, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że prawa obywatela można swobodnie łamać. – To nie jest zjawisko nowe. Wynika ze społecznej akceptacji sytuacji, w której każdy, kto ma choć odrobinę władzy, bierze się za ustalanie swoich reguł. Tak się dzieje w szkołach, tak robią właściciele sklepów, urzędy. Śmiejemy się z tego lub wściekamy, czasem czujemy, że jakiś nakaz czy zakaz jest niesprawiedliwy bądź głupi, ale rzadko umiemy zdiagnozować, że to naruszenie prawa i odpowiednio zareagować. Ostatecznie nic się nie zmienia. Koronawirusowi zawdzięczamy to, że o naruszeniach zaczęło się głośno mówić – ocenia Alina Czyżewska.