Co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, że te hufce to może głupi pomysł, że za dużo na nie idzie pieniędzy, które można by przeznaczyć na coś innego. W tym roku OHP będą kosztowały budżet państwa 297,2 mln zł. Za podobną kwotę swojego czasu została sprzedana na aukcji najdroższa rzeźba świata – „Idący człowiek” Alberta Giacomettiego. Tyle że „Człowiek” jest jeden (w sześciu odlewach), a ich tysiące. I wciąż idą.
Magazyn DGP z 29 września / Dziennik Gazeta Prawna
Vitalij przygryza język i ze skupieniem wbija igłę w prostokątny kawałek płótna, zostawiając na nim węże niezbyt jeszcze równych ściegów. Drobny, szczupły, odpowiada na pytania niechętnie. Na przedramieniu wydziarane słowa: „Deus auxilium me”. – Niech mi Bóg pomoże – tłumaczy. I nieco protekcjonalnym tonem dodaje, że to po łacinie. W pracowni krawieckiej siedzi kilka innych osób i podobnie jak on szyją pod okiem instruktorki. Potem zobaczę jeszcze warsztat ślusarski i stolarski, pójdę do kuchni oraz pracowni fryzjerskiej. Zajrzę do pokoi w internacie, obejrzę zaplecze. Nawet toalety. Pokażą mi tu każdy zakamarek. Żeby się pochwalić. A ja chętnie wsadzam nos w każdy kąt. Jestem w Centrum Kształcenia i Wychowania OHP w Dobieszkowie.
Reklama
Tak, chodzi o Ochotnicze Hufce Pracy – instytucję, o której myślimy, że razem z PRL przeszła do historii, a tymczasem ohapy mają się dobrze, bo to wielka i państwowa instytucja. Dobieszków to placówka o charakterze opiekuńczo-wychowawczym dla młodzieży w wieku 25–18 lat, podobnych do niego miejsc jest 217. W całym kraju opiekują się co roku ok. 36 tys. dzieciaków, tutaj jest ich setka. Chłopaki i dziewczyny. Kiedyś dziewczynki były w mniejszości, może 10 proc., teraz proporcje się wyrównują – jakieś 40 do 60 proc.

Reklama
Dobieszkowski kompleks to internat, warsztaty i szkoła, przy czym hufiec nie prowadzi szkoły (nie jest organem założycielskim), korzysta z tej samorządowej. Po boisku i korytarzach śmigają dzieciaki. Dokładnie takie same, jakie można spotkać w każdej szkole. Jedne zadowolone z życia, inne – nie. Żadnej musztry, gwizdków, krat – bo wiem, że niektórzy mają także takie wyobrażenia.
Leona Winczewska-Wróbel, dyrektorka placówki, opowiada, że udział w OHP jest dobrowolny. To nie jest miejsce odosobnienia, gdzie zostaje się wysłanym za karę, tutaj trafiają głównie dzieciaki, które nie radzą sobie w szkole – często mają w plecy kilka lat. A do tego w domu też zwykle nie wszystko jest tak, jak trzeba. Część z nich to eurosieroty: rodzice wyjechali za chlebem i zapomnieli, że mają dzieci. Ale zdarzają się też bieda, alkohol, te wszystkie rzeczy, o których urzędnik powie, że to środowisko zagrożone patologią. I jeszcze brak perspektyw.
Zła bajka, zły trip
Rozmawiam z Sebastianem. 17 lat. Jak większość dzieciaków tutaj pochodzi z niewielkiej miejscowości. Jego mama umarła, jak miał 3 lata. Tata się rozpił. Ale potem było lepiej. Gorzej się zrobiło, kiedy stary postanowił się ożenić. I Seba dostał w prezencie macochę, dokładnie taką jak z bajek. Tyle że w tej to on robił za Kopciuszka. Pojawiło się rodzeństwo. Dobre i kochane. A on był zły. Do niczego. Szkoda nawet gadać. A potem ojciec też umarł...
– Wie pani, tutaj mnie poskładali do kupy – wzdycha. Teraz uczy się na krawca. Ale jego marzeniem jest bycie kierowcą, niedługo pójdzie na prawko i będzie mógł jeździć. Nie, nie na ciężarówce, bo taka robota oznacza ciągłą nieobecność w domu, brak kontaktu z rodziną. A on będzie dbał o swoją. Ma dziewczynę. Stąd. Oni, internatowi, dobrze się rozumieją. Każdy ma na plecach jakiś garb, który go ciągnie do ziemi. Ale tutaj nareszcie mogą odnosić sukcesy. Sebastian jest zawołanym sportowcem, piłka, ping-pong, ale najbardziej kręci go parkur. To bieganie pomieszane z akrobatyką, zawodnicy przefruwają nad dachami, biegają po ścianach, kręcą salta. Sebastian jest mistrzem, wygrywa zawody. Kiedyś napisali o nim w internecie.
Sukces. Odzyskanie własnej wartości. Godności. To się potem powtarza w rozmowach. Bo wyobraźcie sobie, że coś wam w życiu nie poszło, macie złą passę. W szkole momentalnie dostajecie łatkę – debil. No, w najlepszym wypadku nieudacznik. Machają na was ręką. Dla rówieśników też jesteście jak zapowietrzeni. Rodzi się agresja lub włącza opcja ucieczka. To przedszkole psychologii, ale ludzie nie chcą tego zauważać.
Zahibernowani
Siedzimy z kadrą, gadamy, jemy pączki upieczone przez wychowanków. Małe, korzenne, podobno nietuczące, bo „nie piją tłuszczu”. Mnóstwo dzieciaków tutaj przychodzących nie miało w domu ciepłej wody, więc na dzień dobry trzeba nauczyć, że myć trzeba się dwa razy dziennie, a do spania przebrać się w piżamę. To w ogromnej mierze nie są zdemoralizowane, tylko opuszczone i zagubione dzieciaki. Część z nich einsteinami nigdy nie będzie, ale jest mnóstwo inteligentnych, tyle że nie po drodze im było ze szkołą. Gdyby nie trafiły tutaj, repetowałyby kolejne klasy. I wpadały w coraz większe kłopoty.
Elżbieta Sobczyk, zastępca dyrektora w Dobieszkowie, opowiada o bliźniaczkach. Przez kilka lat mieszkały razem z rodzicami we Włoszech, chodziły tam do szkoły. Ale coś się wydarzyło w życiu dorosłych i postanowili wrócić. Dzieci razem z nimi. I katastrofa. Dziewczynki nie odnajdywały się w naszym systemie, posypało się dwójami. W domu przemoc. Kiedy przyjechały tutaj, jedna postanowiła się uczyć na fryzjerkę, a druga na kucharkę. Bo nauka zawodu – a OHP kształci w 60 profesjach – to podstawa: dać młodym fach, żeby się mogli sami utrzymać. Szkoła swoją drogą, ale w okrojonym programie – po prostu, żeby skończyli gimnazjum czy zawodówkę (teraz branżową), a jak będą potem chcieli – mogą uczyć się dalej. Najważniejsze teraz, żeby zdali egzamin poświadczający kwalifikacje zawodowe – na to patrzą pracodawcy. I zdają. Wśród gimnazjalistów 82 proc. przystępujących do tego sprawdzianu. A ci z zawodówek na poziomie 94 proc. To wynik dużo lepszy niż w „normalnym” świecie. Oczywiście trzeba ich do tego motywować, podtrzymywać na duchu. Robi się konkursy, które mają przygotować dzieciaki do egzaminów, sprawić, aby stres i trema były mniejsze.
Jedna z tych bliźniaczek, kucharka, jest teraz przewodniczącą Klubu Aktywnych OHP, robi studia licencjackie i pomaga innym. Druga, fryzjerka, to artystyczna dusza. Prowadzi kabaret. Wychowawcy z Dobieszkowa mają kontakt ze swoimi dzieciakami, śledzą ich losy, spotykają się przy różnych okazjach.
Jasne, że nie ze wszystkimi. Nie każda też historia ma happy end. Bo czasem nie udaje się pomóc młodemu człowiekowi. Zwyczajnie zabraknie na to czasu. Bo jeśli dostaje się w ręce 15-latka, to można go przez trzy lata uformować, postawić na nogi. Gorzej, jeśli przychodzi 17-latek, i to nie do końca dobrowolnie – bo zdarza się, że kiedy młody człowiek popadnie w kłopoty, bo nie chodzi do szkoły, sąd rodzinny proponuje mu takie rozwiązanie, co jednak stanowi już pewną presję. Wówczas taki czeka tylko na 18. urodziny i wychodzi, trzaskając drzwiami.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego młodzi z kłopotami za późno trafiają do placówek OHP. A mianowicie szkoły hibernują u siebie takich problemowych uczniów. Niektóre, być może, z niewiedzy. Ale większość z powodu pieniędzy. Rzecz w tym, że subwencję oświatową dostaje się na ucznia. Ich listy zamyka się w Systemie Informacji Oświatowej do końca września. Więc dopiero po tym terminie zaczyna się napływ nowych wychowanków do OHP. Przyhibernuje się miesiąc – jest subwencja za miesiąc. Zamrozi się dzieciaka na trzy miesiące – można pomnożyć kwotę. A hufce przyjmują dzieci w każdym momencie, natomiast subwencją nie są zainteresowane, gdyż finansowane są z budżetu państwa.
Niech żyje bal
Kiedy pytam moich facebookowych znajomych o to, z czym kojarzą im się Ochotnicze Hufce Pracy, najczęstszą odpowiedzią – oprócz haseł typu PRL i komuna – są określenia impreza, bal, balet. Grzegorz Możdżonek, elektryk pracujący w warszawskiej elektrociepłowni Siekierki, jeździł na wakacyjne obozy OHP – po znajomości, bo za granicę. To były lata 70., jego kumpel miał tatę pułkownika, który w tym siedział – w tamtym czasie hufce były organizacją zmilitaryzowaną. Ale nie na wakacjach dla wybranych. – Trzeba było mieć mundur, ale wkładaliśmy go tylko na podróż. Potem już na luzie – opowiada. Pierwszy wyjazd był na Węgry, pracowali w fabryce szampana. Byli tam też Czesi i Finowie, ale ci ostatni w ogóle nie pracowali, tylko pili, bo nie zależało im na zarobkach – mieli dolary. Polacy pracowali tyle, ile trzeba, żeby dostać kasę. A że Węgrzy musieli wygrywać współzawodnictwo pracy, żeby dostać swoje forinty, to im na to nasi pozwalali. Kąpali się w szampanie, poili gospodarzy polskim, „młodzieżowym” (60 proc.) spirytusem. Dziewczyny były ładne i łaskawe. Żyć, nie umierać.
Ale to tylko jedna z wielu twarzy tej organizacji, której nawiasem mówiąc, korzenie sięgają w głąb historii – głębiej, niż mogłoby się wydawać. Bo nie czasów PRL, ale II Rzeczypospolitej, kiedy to pod koniec lat 30. na Śląsku powstawały pierwsze ochotnicze drużyny robocze. Idea była taka sama jak dziś – pomóc młodym ludziom z problemami w usamodzielnieniu się. Do akcji włączył się Związek Strzelecki, który zaczął organizować ochotnicze obozy pracy. To były pokryzysowe lata i problem bezrobocia wśród młodych był ogromny, nie tylko na Śląsku, ale w całym kraju. Dlatego w 1933 r. powołano ogólnokrajowe Stowarzyszenie Opieki nad Niezatrudnioną Młodzieżą (SOM), które utworzyło 56 ośrodków w regionach o największym bezrobociu. A trzy lata później prezydent RP wydał dekret powołujący do życia junackie hufce pracy, w których służbę pełni się na podstawie zaciągu ochotniczego. „Służba pracy młodzieży jest zaszczytną służbą dla Państwa i Narodu” – zapisano w nim. Junackie hufce pracy podlegały ministrowi spraw wojskowych, potem już w Polsce Ludowej przejęto ów militarny styl, wychodząc z założenia, że trudnej młodzieży przyda się dryl. Do wybuchu II wojny światowej przez zastępy junaków przewinęło się ok. 19 tys. osób – pracowali m.in. przy budowie Centralnego Okręgu Przemysłowego oraz portu i miasta Gdyni – największych budowach II Rzeczypospolitej.
Po wyzwoleniu junacy też będą pracować na wielkich budowach socjalizmu. Ale najpierw – jeszcze jako Śląska Brygada Młodzieżowa czy Młodzieżowy Batalion Odbudowy Warszawy będą pomagać wznosić z ruin kraj. W 1948 r. powstanie Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”, której celem było „włączenie twórczego zapału młodego pokolenia do pracy nad rozwojem sił i bogactwa Narodu”. Można dziś kpić z patosu tych słów, ale – oprócz intensywnego szkolenia wojskowego i jeszcze intensywniejszej pracy – młodzi ludzie zdobywali w szeregach SP wykształcenie i zawód. Ale w 1953 r. umiera gensek Józef Stalin i do Polski idzie nowe. Pod koniec 1955 r. Służba Polsce zostaje zlikwidowana, gdyż „w okresie odbudowy kraju i realizacji planu 6-letniego SP spełniła swoją misję w wychowaniu i edukacji młodzieży (...)”. Okazało się jednak, że taka organizacja pomagająca młodzieży jest niezbędna – niezależnie od klimatu politycznego. W tamtym czasie niemal 40 proc. młodych w wieku 14–17 lat nie miało skończonej nawet podstawówki.
W 1957 r. nie uczyło się ani nie pracowało 200 tys. młodzieży miejskiej. A według danych Ministerstwa Oświaty – niewykwalifikowani stanowili 70 proc. ogółu młodzieży przystępującej do pracy. Dlatego w czerwcu 1958 r. powołuje się do życia Ochotnicze Hufce Pracy – dla młodzieży w wieku 18–24 lat (w wyjątkowych przypadkach także dla chłopców od 16. roku życia). Pierwszy hufiec w lipcu 1958 r. wyruszył w Bieszczady do budowy dróg. Drugi w tym samym czasie został rzucony do pracy w Kombinacie Górniczo-Energetycznym w Turoszowie. Nie było placu budowy, na którym nie byłoby junaków. Huta Katowice, płocka Petrochemia, FSM w Tychach... Lista jest długa.
Tak jak dziś mieszkanie, wyżywienie i nauka w OHP były dla młodzieży darmowe. Inna była ich organizacja – bo oprócz hufców stacjonarnych organizowano także sezonowe (w wakacje). Oraz specjalne hufce dla osób, które nie dostały się na studia, a pracując w OHP, mogły poznać ciężką pracę fizyczną, aby tym bardziej docenić możliwość ślęczenia nad książką. Kasia, dziennikarka, trafiła do OHP w 1988 r. Została szatniarką na Wydziale Ekonomii Produkcji Uniwersytetu Gdańskiego, obok był budynek prawa, na które się nie dostała. – Nudne to było, niemal wyłam – opowiada. Marzyła, żeby zostać sprzątaczką. Bo sprzątaczka przychodziła rano na trzy godziny, pomachała miotłą i do domu. Udało się, ale szczęście długo nie trwało. – Panicznie boję się pająków, a pewnego dnia znalazłam w kącie trupa takiego jednego wielkiego. I pracowicie omiatałam jego truchło dookoła przez tydzień – opowiada. Ktoś doniósł, że się nie przykłada do pracy, mało nie wyleciała, przekreślając tym samym możliwość studiowania. – To było ciekawe doświadczenie: ja, anarchistka, w zetknięciu z wojskową dyscypliną – śmieje się. Ale zaraz dodaje, że dzięki tej pracy mogła wejść w świat zwyczajnych, prostych ludzi, co dało jej nieco inną perspektywę. To samo mówi Krystyna – ona z kolei pracowała przy sadzeniu i pieleniu lasu. Miała w liceum w Sejnach takiego profesora, który uważał, że młodzież powinna wiedzieć, na czym polega fizyczna praca. I ona się dziś z nim zgadza.
Jednak po 1989 r. mało brakowało, aby OHP przeszły do historii razem z innymi pozostałościami po systemie. Kojarzone z komuną i propagandą przez wielu chętnie byłyby widziane w grobie. Albo co najwyżej w muzeum historii PRL. Na szczęście tak się nie stało i hufce przetrwały – jako instytucja państwowa, nijak nie związana z wojskiem (podlegają resortowi rodziny).
Wyjazdówki
Iza opowiada o sobie: ma 16 lat, w OHP jest drugi rok, do przyjazdu tutaj zmusili ją rodzice. Bo nie chodziła do szkoły, nie przeszła z klasy do klasy. Nie chodziła, bo była wściekła i zbuntowana. I nie miała z kim o tym pogadać. Na pewno nie z rodzicami, bo z nimi w ogóle nie gadała. No i przecież nie z nauczycielami. Oni potrafią tylko oceniać i wygłaszać kazania. Wychowawcy tutaj są inni. Mają dużo cierpliwości. I twierdzi, że im naprawdę na nas zależy. Iza mówi o sobie, że dojrzała. Poprzednią klasę zakończyła z wysoką średnią. W tym roku też się postara. Podobnie jak Sebastian uczy się na krawcową. Ale chyba zmieni kierunek, wolałaby być kosmetyczką.
Jak będzie chciała, będzie miała szansę nadal się kształcić w ramach OHP – tyle że już nie w takim ośrodku, w jakim jest teraz. W innym – o charakterze szkoleniowym. Można w nich zdobyć zawód czy się przekwalifikować, uzyskać dodatkowe kompetencje – oferta ta przeznaczona jest dla osób do 25. roku życia, niezależnie od statusu materialnego czy wykształcenia. Jak opowiadają mi moi rozmówcy z hufców, zdarza się, że magistrowie uczą się układania kafelków. Trzecia, coraz ważniejsza dziedzina, w której specjalizuje się OHP, to działanie na rynku pracy. To setki (a konkretnie 478) punktów – centra informacji zawodowej, punkty pośrednictwa, sieć doradców zawodowych. Jeśli gdzieś ich nie ma, dojadą, bo mają też jednostki mobilne – busy OHP kursują po Polsce non stop. Z ich usług i pomocy korzysta co roku 780 tys. młodych osób.
Ewa Trzcińska przez siedem lat prowadziła Młodzieżowe Centrum Kariery w Myszyńcu – 12-tysięcznej gminie. Była doradcą zawodowym, ale też pośrednikiem pracy. – Różnica pomiędzy nami a urzędami pracy jest taka, że nam zależy i każdego młodego człowieka traktujemy indywidualnie – tłumaczy. Ktoś ma smykałkę, dajmy na to do mechaniki, zostanie posłany na stosowny kurs. A nie – jest kurs florystek i wszystkie baby ze wsi muszą nań uczęszczać, bo nie będzie innego.
W małych miejscowościach wszyscy się znają, więc ona wiedziała, do kogo uderzyć. Bo Kaśka czy Piotrek już drugi rok siedzą w domu po ogólniaku i nic nie robią. – Chodziłam, zapraszałam do udziału w projekcie Gwarancje dla młodych, szukałam i znajdowałam pracę – wspomina Ewa. Mówi, że 60 proc. staży zakończyło się umowami na czas nieokreślony. Pomogła też w otworzeniu kilkudziesięciu firm – od biznesplanu, poprzez wypełnianie dokumentów, szukanie finansowania. Zapewnia, że to działa – gigantyczne biuro pośrednictwa pracy, o którym się z jakiegoś powodu publicznie nie mówi. Tak samo jak nie mówi się o samym OHP.
Ale wróćmy do internatu w Dobieszkowie i rozmowy z Izą. Dziewczyna przyznaje, że teraz – przebywając tutaj – więcej rozmawia z rodzicami, ona się stara, oni też się starają. Ale trzeba było kogoś, kto zarówno z nią, jak i z nimi szczerze porozmawia, poradzi. Bo ze starszym rodzeństwem Izy rodzice też nie mieli żadnego kontaktu.
W programie wychowawczym hufca jest także praca z domem wychowanków. Co się nie zawsze udaje. Zdarza się, że i dzieci, i wychowawcy marzą, aby jedni czy drudzy rodziciele zniknęli z powierzchni ziemi. Albo przynajmniej zapomnieli, że kiedyś spłodzili nowego człowieka. Jednak mimo wszystko starają się, aby dzieciaki miały ten kontakt z domem, jakikolwiek by on był. Co jakiś czas w weekendy ogłasza się wyjazdówki – wychowankowie jadą do swoich. Niektórzy odmawiają, wolą zostać w internacie. Jest taki chłopak – jego ojciec to alkoholik, matka psychiczna, nie pracują. Chłopiec jest w Dobieszkowie trzeci rok, nie ma dokąd wrócić. Ale zdarza się i tak, że dzieciaki jadą i idą w tango z rodziną albo starym towarzystwem. Wtedy najczęściej zawalają w szkole poniedziałek. – Czemu nie było cię na lekcjach? – pytają. – Byłem nieco nieświeży, wolałem się nie pokazywać – słyszą. I słusznie, bo gdyby uczeń wrócił do szkoły na gazie, oznaczałoby to konieczność wezwania policji, potem sąd rodzinny, przerwę w nauce. Szkoda.
Elżbieta Sobczyk opowiada, że dzieciaki bardzo przejmują się tym, co się dzieje w ich domach. Martwią się rodzicami, przeżywają ich postępowanie. Taka historia: mają w ośrodku fundusz socjalny, z którego refundują dzieciakom wydatki – np. na ubranie, żeby miały, co na grzbiet włożyć, jeśli rodzice nie kupią. I przychodzi do niej kiedyś dziewczyna, przynosi dwie wielkie paczki prezerwatyw i mówi, że chciałaby za nie dostać zwrot kasy. Za prezerwatywy? No tak, to dla rodziców w prezencie, żeby już nie robili więcej dzieci – odpowiedziała.
Zdarza się, że rodzice zabierają dzieciom pieniądze, które te zarobią, pracując na warsztatach. Ale bywa, że same niosą te grosze do domów, bo wiedzą, że tam bieda, a one tutaj głodne nie chodzą. Z tym jedzeniem to zresztą mają jazdy. Jednym z największych przysmaków są chińskie zupki, wciągają je jak wściekli. Ale też dużą popularnością cieszy się kółko kucharskie (nie mylić z warsztatami). Chłopaki szczególnie się tam garną: razem z instruktorką można przygotować coś dobrego. Za słodkie daliby się pokroić. Jak to dzieci.
Okazją, żeby zarobić parę złotych dla siebie, są też zagraniczne staże – Erazmus Plus. W tym roku byli w Hiszpanii. Pracowali i zwiedzali. Dla większości był to pierwszy raz za granicą. Przed takim wyjazdem dostają z OHP kosmetyczki ze środkami higienicznymi, dostają też trochę pieniędzy na ciuchy, żeby nie czuli się gorsi. Ale trzeba pilnować towarzystwa, bo młodzież ma kręćka na punkcie modnych rzeczy – teraz już wiedzą, że nie dostaną zwrotu 100 zł za dwie pary markowych skarpetek.
Nasi jeżdżą za granicę, ale i do nas przyjeżdża młodzież z zagranicy – niedawno byli Niemcy. I pojawił się dysonans wychowawczy – tam 16-tatki traktowani są jak dorośli, mogą palić przy wychowawcach, pić piwo. Nasi – pełna abstynencja. I bunt. Trzeba im wytłumaczyć, spacyfikować nastroje.
Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo – praca z młodzieżą w wieku dojrzewania, w dodatku taką po przejściach, dostarcza wielu emocji. Jedna z wychowanek zakochała się w koledze – bez wzajemności. I tragedia – cięła się, truła, wreszcie wylądowała w psychiatryku. Ale wyszła na prostą. Jest po licencjacie z kosmetologii, prowadzi zakład fryzjerski.
Inna sprawa, że ludzie, którzy pracują z tą młodzieżą, to fachowcy i pasjonaci. Każdy z nich ma skończone dwa, trzy kierunki studiów, podniecają się tym, co robią, angażują, pracują w niedziele i święta. Tu się nie da inaczej, a wychowawców nie obowiązuje Karta Nauczyciela.
Co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, że te hufce to może głupi pomysł, że za dużo na nie idzie pieniędzy, które można by przeznaczyć na coś innego. W tym roku OHP będą kosztowały budżet państwa 297,2 mln zł. Za podobną kwotę swojego czasu została sprzedana na aukcji najdroższa rzeźba świata – „Idący człowiek” Alberta Giacomettiego. Tyle że „Człowiek” jest jeden (w sześciu odlewach), a ich tysiące. I wciąż idą.
Co jakiś czas ktoś wpada na pomysł, że te hufce to może głupi pomysł, że za dużo na nie idzie pieniędzy, które można by przeznaczyć na coś innego. W tym roku OHP będą kosztowały budżet państwa 297,2 mln zł