Zanim oburzymy się, że pracodawcy czy rząd chcą ograniczać liczbę rencistów, powtórzmy sobie: to my finansujemy te świadczenia. Zanim na sztandary trafi hasło, że ktoś chce zabierać pieniądze biednym ludziom, niech zabrzmi w naszych uszach refren: jeśli nie ograniczymy zbędnych wydatków, zapłacimy wyższe podatki i składki.

Często prowadzę rozmowy na temat skutecznej pomocy osobom potrzebującym i podziale naszego bogactwa, którego dokonuje państwo. Poraża mnie schizofrenia prezentowanych wtedy przez rozmówców poglądów. Z jednej strony mówią, że płacą wysokie podatki i składki, że państwo bierze od nich coraz więcej, że nie wiedzą, jak żyć. Z drugiej nie są oburzeni tym, że wokół nich żyją fikcyjni renciści, że państwo wydaje 400 mln zł na bezsensowne becikowe, że na emerytury i renty odchodzą młode osoby. Dowodzi to, że w naszych głowach wciąż nie dokonała się mentalna operacja połączenia tego, co wydaje państwo, z tym, co sami wpłacamy do publicznej kasy.

Nie miejmy złudzeń. Państwo, co często powtarzają ekonomiści, niczego nie wytwarza. Tylko społeczeństwo tworzy wartość, a rząd z definicji jest bezproduktywny. Jeśli więc państwo coś marnuje, to nasze pieniądze. Co gorsza, prowadzi to do opłakanych skutków. Tak się dzieje, gdy na przykład wypłacamy do końca życia rentę rodzinną 50-letniej osobie. Skutecznie wypychamy ją z rynku pracy. Marnotrawstwo publicznych pieniędzy oznacza także faktyczne okradanie tych obywateli, którzy uczciwie płacą daniny. W efekcie uciekają w szarą strefę, część z nich emigruje. Co gorsza, godząc się na takie praktyki, sankcjonujemy je. W efekcie okradamy samych siebie.