W ciągu ostatnich czterech lat Polska istotnie zredukowała koszty pracy. Nie jesteśmy już jednym ze światowych liderów pod względem wysokości narzutów nakładanych na pensje. To dobrze. Państwo jednak wciąż nasze jest zbyt pazerne. To, co oddało nam w formie niższej składki rentowej czy podatków, zabiera w inny sposób – za pomocą wyższej akcyzy, VAT czy całego katalogu podnoszonych po cichu opłat. To cena, którą płacimy za brak strukturalnych reform.

Najwyższe koszty zatrudnienia ponoszą pracodawcy w krajach UE – wynika z opublikowanego wczoraj raportu OECD Taxing Wages (chodzi o zatrudnienie osoby bezdzietnej zarabiającej średnią pensję). OECD, organizacja skupiająca 34 najlepiej rozwinięte gospodarki świata, wylicza, że Kraje UE pod względem wysokości tzw. klina podatkowego zajmują 16 pierwszych miejsc. Są liderami fiskalizmu. Na czele jest Belgia, Francja i Niemcy. Tam koszt danin państwowych wynikających z zatrudnienia pracownika przekracza lub zbliża się do wysokości jego pensji netto. W UE najniższe obciążenia pracy notują kraje anglosaskie – Irlandia i Wielka Brytania. Także w pozostałych krajach anglosaskich – USA, Australii oraz Nowej Zelandii – koszty te są poniżej przeciętnej OECD i wahają się od 16,9 do 32,7 proc. Najmniej, poniżej 20 proc., obciążeni są pracownicy i pracodawcy w Meksyku i Chile. W tym ostatnim kraju jest to zaledwie 7 proc.

Polska zajęła w tegorocznym zestawieniu świetne 20. miejsce. Obciążenie kosztów pracy wynosi u nas 34,3 proc. Jest już poniżej średniej dla OECD. Oznacza to, że z każdego 1000 zł, które zarabia pracownik, 340 zł wędruje do ZUS, NFZ lub fiskusa. A jeszcze w latach 2006 – 2007 byliśmy na 10. miejscu pod względem narzutów nakładanych na pracę. Wtedy klin podatkowy wynosił u nas ponad 43,5 proc. W 2007 r. przesunęliśmy się na miejsce 11., w 2008 r. byliśmy już na 14., a w 2009 r. na 18. Tak szybka i zdecydowana poprawa naszych notowań to efekt wprowadzanych w latach 2007 – 2009 obniżek składki rentowej, ulg rodzinnych i podwyżki progów podatkowych. To właśnie dzięki temu istotnie maleją koszty zatrudnienia pracownika.

Niestety to, co państwo oddaje nam w formie wyższej wypłaty netto, zabiera w inny sposób. Najlepszym tego dowodem jest podwyżka VAT. Jak wylicza Eurostat, 45,7 proc. polskiego PKB przepuszcza przez swoje trzewia państwo. A nadmierny fiskalizm hamuje rozwój, bo ludzie efektywniej wydają swoje pieniądze niż politycy działający w ich mieniu. Obciążenia nakładane na Polaków, wraz z zastraszająco rosnącym zadłużeniem, są ceną, którą płacimy za brak reformy wydatków państwa. Obywatele mogą za to odpłacić – wyjechać, przejść do szarej strefy albo w ogóle przestać pracować.