Gdyby wyborcy mogli przyjrzeć się pracom ich reprezentantów nad choćby jednym projektem ustawy, możliwe że zagłosowaliby na kandydatów, którzy rzeczywiście czują odpowiedzialność, jaką niesie ze sobą funkcja posła czy senatora. – To się naprawi w drugim czytaniu, to w Senacie, a to niech sprawdzi sobie Trybunał Konstytucyjny – tak o bublach legislacyjnych podczas prac w Sejmie mówią parlamentarzyści. Dzieje się tak, bo stanowienie jasnego i zgodnego z konstytucją prawa coraz częściej ustępuje miejsca doraźnym interesom partyjnym. Tak stało się w przypadku ustawy przywracającej wolne w Trzech Króli, która przy okazji zwolniła też pracodawców z obowiązku oddawania pracownikom wolnego w innym terminie, jeśli święto wypadnie w ich dzień wolny (np. sobotę). Jeszcze przed ostatecznym uchwaleniem przygotowanych przez klub PO przepisów Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Biuro Legislacyjne Kancelarii Senatu ostrzegało, że są one niezgodne z konstytucją. Przeciwne jej uchwaleniu w obecnym kształcie były zarówno organizacje pracodawców, jak i związki zawodowe (sic!). Było jasne, że ustawa jest niezgodna z konkordatem, dotychczasowym orzecznictwem Sądu Najwyższego oraz konstytucyjną zasadą równości i demokratycznego państwa prawnego.

Ale w roku wyborczym parlamentarzyści chcieli zrobić prezent dla elektoratu w postaci dodatkowego dnia wolnego i udało się. Ustawę uchwalono. A to, że przy okazji wywrócili do góry nogami cały system rozliczania czasu pracy, a wielu pracowników w rzeczywistości będzie mieć mniej dni wolnych od pracy, a nie więcej, niewiele ich obchodzi. To już przecież nie ich problem. Niech nad interpretacją ich beztroskiej twórczości głowi się teraz trzecia władza – sądownicza, bo to ona ma przecież stać na straży prawa. A nawet jeśli uzna ustawę za niekonstytucyjną i tak zawsze będzie można powiedzieć wyborcom: kochani chcieliśmy, wprowadziliśmy, a święto zabrał wam ten paskudny Trybunał.