Zgodnie z nim Polak, który pojedzie tymczasowo do pracy do Francji, Belgii czy jakiegokolwiek unijnego kraju, będzie zarabiał tyle, ile miejscowy pracownik (obecnie otrzymuje przynajmniej minimalne wynagrodzenie obowiązujące w kraju zarobkowania). A to oznacza, że będą mu także przysługiwały wszystkie dodatki do pensji wynikające z układów zbiorowych obowiązujących w danym państwie. Komisja Europejska przekonuje, że zmiana jest konieczna z uwagi na nadużycia, oszustwa i dumping socjalny. Czyżby?

Propozycja brzmi pięknie dla pracowników, którzy już zacierają ręce. Podczas gdy firmy je załamują. Wieszczą, że wprowadzenie tych zmian oznacza koniec delegowania. Polska bowiem wysyła do pracy za granicę ponad 400 tys. osób rocznie, gdy w całej UE z tej możliwości korzysta niespełna 2 mln osób. W ocenie przedsiębiorców delegowanie przestanie się opłacać.

„Polscy kapitaliści wyzyskiwacze już się boją, że stracą niewolników, których mogą bezkarnie okradać” – odpierają argumenty pracownicy i dodają: „Skoro tamtych pracodawców stać na to, aby uczciwie wynagradzać swoich pracowników, to nasi również mogą prowadzić biznes bez okradania zatrudnionych osób z należnych im świadczeń. Jeśli nie potrafią, to niech zamkną swoje biznesy zatrudnią się jako pracownicy i posmakują, jak to jest być okradanym”. Prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Czy Polacy przestaną wyjeżdżać do pracy w innych krajach Unii Europejskiej? To raczej niemożliwe. Jeżeli delegowanie rzeczywiście przestanie się opłacać, pozostanie im emigracja zarobkowa.

Kto zatem na zmianach proponowanych przez Komisję Europejską zarobi? Na pewno nie polskie firmy. Pracowników przejmą francuskie przedsiębiorstwa. Straci polski Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Otóż składki delegowanych pracowników do pracy za granicę są odprowadzane do polskiego systemu ubezpieczeń społecznych. Jeżeli zmiany zostaną wprowadzone, zasilą one kasę francuskiego czy niemieckiego organu emerytalno-rentowego. Czy Polskę na to stać? Szczerze wątpię.