Becikowe, jeden z głównych elementów polityki prorodzinnej państwa, stopniowo traci na znaczeniu – zarówno w wersji rządowej, jak i gminnej. Z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) wynika, że systematycznie spada liczba wypłacanych jednorazowych zapomóg w wysokości 1 tys. zł. na dziecko. Jeszcze w 2009 r. było ich niemal 414 tys. W ubiegłym roku tylko ok. 279 tys.

To samo dzieje się w przypadku zapomóg wypłacanych przez samorządy. Pięć lat temu wypłaciły one 19,3 tys. świadczeń na kwotę ok. 16,5 mln zł. W ubiegłym roku liczba świadczeń spadła niemal trzykrotnie – do 6879, a wydatki wyniosły tylko nieco ponad 6 mln zł.

Mniej urodzeń

Spadająca liczba świadczeń związana jest przede wszystkim z demografią. Z danych GUS wynika, że w 2009 r. odnotowano 417,6 tys. urodzeń, tymczasem w 2013 r. urodziło się już tylko 369,6 tys. dzieci. Ale demografia to nie wszystko. W przypadku rządowego becikowego doszły jeszcze zmiany w przepisach. Od 1 stycznia 2013 r. prawo do tego świadczenia uzależnione jest od kryterium dochodowego, które wynosi miesięcznie 1922 zł netto na osobę w rodzinie. Efekt – 100 tys. zapomóg mniej niż w 2012 r.

Z kolei samorządy patrzą na sprawę przez pryzmat kosztów. Jak tłumaczą, to główny powód, dla którego tak niewiele gmin w skali kraju – około 50 jednostek na 2478 istniejących – decyduje się na zapomogi.

– Od kilku lat nie wypłacamy już własnego becikowego – mówi nam jeden z pracowników urzędu gminy Brzeźnica (woj. małopolskie).

Samorząd doszedł do wniosku, że woli przeznaczyć te pieniądze na inne cele, np. stypendia dla dzieci czy nagrody za osiągnięcia naukowe i sportowe. Tym bardziej że lokalne becikowe bynajmniej nie wpłynęło na wzrost urodzeń na terenie jednostki.

Jednak nadal są samorządy, które mają nadzieję, że zapomoga dla rodziców będzie dodatkową zachętą dla zamieszkania na ich terenie.

– Trochę się wyludniamy, więc jest to element polityki prorodzinnej. Zgodnie z uchwałą radnych zapomoga w wysokości 1 tys. zł przysługuje matce lub ojcu dziecka, zameldowanym i zamieszkałym pod wspólnym adresem na terenie gminy co najmniej sześć miesięcy przed złożeniem wniosku – wyjaśnia Teresa Kociak z ośrodka pomocy społecznej w Bielawach (woj. łódzkie).

Gmina zaczęła wypłacać własne becikowe z początkiem tego roku. Na ten cel zabezpieczyła w budżecie 50 tys. zł. Efekty nie są jednak zbyt imponujące. Wypłacono dwa świadczenia, choć w sumie od stycznia odnotowano osiem urodzeń. Pozostałe po prostu nie spełniły kryteriów określonych przez radnych.

Zresztą przyjęcie odpowiednich kryteriów nie jest proste, co również może działać odstraszająco na gminy.

W Krakowie w 2010 r. różnica pomiędzy liczbą osób, które otrzymały jednorazową zapomogę finansową, a liczbą dzieci urodzonych i zamieszkałych w tym mieście wyniosła ok. 1,3 tys. Powód? By otrzymać pieniądze, nie trzeba było być mieszkańcem miasta, wystarczył meldunek. Radni, gdy tylko się zorientowali, jak duże środki idą do tych osób, zmienili uchwałę. Obecnie o becikowe mogą wnioskować wyłącznie osoby faktycznie zamieszkujące wraz z dzieckiem w Krakowie.

To za mało

Na razie nie wygląda na to, by gminne becikowe miało kompletnie zaniknąć.

– Ale nic nie wskazuje też na to, by miało się rozwijać – dodaje dr Zofia Szweda-Lewandowska, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego. – Tym bardziej że jest już rządowe becikowe i niektóre gminy nie czują potrzeby dublowania tego rozwiązania. Wolą inaczej kształtować swoją politykę rodzinną – komentuje ekspertka.

Jej zdaniem jednorazowa wypłata świadczenia dla rodziców z reguły jest dla nich zbyt mało atrakcyjna.

– Jeśli gmina prowadzi spójną politykę rodzinną, np. zapewnia dostęp do przedszkoli czy opieki zdrowotnej, a także bierze pod uwagę inne aspekty, np. udogodnienia związane z mieszkalnictwem, to dopiero takie działania są w stanie zachęcić ludzi do podjęcia decyzji o posiadaniu pierwszego dziecka lub kolejnego – zwraca uwagę dr Zofia Szweda-Lewandowska.