Rząd przyjął wczoraj zwiększenie wskaźnika waloryzacji emerytur i rent na 2012 rok. To jeden z dwóch składników całego wskaźnika, od którego zależy wysokość podwyżki świadczeń.

Pierwszy z nich jest automatyczny – to średnioroczna inflacja. Rząd na razie przewiduje, że wyniesie ona 3,5 proc. Ale wzrost cen może być wyższy. Ekonomiści, z którymi rozmawiał „DGP”, szacują, że wyniesie 3,9 – 4,1 proc. Co więcej, waloryzacja bierze pod uwagę wzrost cen w gospodarstwach emerytów i rencistów, jeśli jest wyższy niż ogółem. A tak może się stać. Osoby te więcej wydają np. na żywność, która szybko drożeje. Wskaźnik ten może więc sięgnąć nawet 4,5 proc.

Drugi składnik wskaźnika to właśnie zwiększenie. Rząd jest zobowiązany ustawą, aby wynosiło ono co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac. Wczoraj Jolanta Fedak, minister pracy i polityki społecznej, zaproponowała rządowi – przewidując w tym roku realny wzrost płac na poziomie 2,6 proc. – aby było to 0,5 proc. Ta wysokość będzie jeszcze negocjowana w komisji trójstronnej. Jeśli dojdzie ona do porozumienia (gwarancją jego zawarcia jest jednomyślność partnerów), to jej uchwała będzie wiążąca dla rządu. Jeśli tak się nie stanie – zwykle tak się dzieje, bo związki domagają się wyższej waloryzacji, protestują pracodawcy – rząd sam ogłasza wysokość zwiększenia. Nie może być niższe niż zaproponowane pierwotnie komisji.

W przyszłym roku podwyżki emerytur i rent mogą więc sięgnąć 5 proc. Ucieszy to zapewne emerytów, ale zmartwi ministra finansów. Tegoroczna podwyżka kosztuje budżet 4,5 mld zł. Jeśli w przyszłym roku wskaźnik wyniesie 5 proc., wydatek z tego tytułu przekroczy 6 mld zł.