Posłowie zajmowali się wczoraj rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o finansach publicznych (druk sejmowy nr 3576). Przewiduje on głównie zmiany w sposobie gospodarowania publicznymi pieniędzmi w razie groźby przekroczenia granicy 55 proc. długu publicznego w stosunku do PKB. Te zmiany mają być wprowadzane opcjonalnie jeśli pogorszy się sytuacja w finansach publicznych. Pewna jest jednak zmiana, która czeka około 50 tys. pracujących emerytów oraz te osoby, które już mogą lub w najbliższym czasie będą mogły skorzystać z emerytury z ZUS.

Projekt przewiduje, że:

● od stycznia 2011 roku nie będzie już można otrzymać z ZUS emerytury, jeśli wcześniej ubezpieczony choć na jeden dzień nie rozwiąże stosunku pracy,

● te osoby, które skorzystały od stycznia 2009 roku z emerytury bez rozwiązania umowy o pracę będą musiały – chcąc zachować do niej prawo – zrobić to do października 2011 roku. Wcześniej ZUS w ciągu 30 dni od daty wejścia w życie ustawy poinformuje je o zmianie przepisów.

Rząd liczy, że dzięki tym zmianom zaoszczędzi Fundusz Ubezpieczeń Społecznych 700 mln zł rocznie.

– To schizofrenia. Przecież, zwłaszcza w nowym systemie emerytalnym, świadczenie jest pochodną składek i jeśli ubezpieczony nie idzie na wcześniejszą emeryturę, to nie ma powodu, dla którego państwo kontroluje go, czy pracuje – ocenia propozycję rządu Julian Zawistowski z Instytutu Badań Strukturalnych.

Dodaje, że to rozwiązanie może doprowadzić do mniejszej aktywności starszych osób, na których powinno nam szczególnie zależeć. Tłumaczy, że może się okazać, że osoby te wybiorą po prostu emeryturę zamiast pracy, a wtedy budżet nie tylko nie zaoszczędzi, ale straci wpływy ze składek i z podatków.

Inaczej uważa Jeremi Mordasiewicz z PKPP Lewiatan. Popiera propozycję rządu, uważając, że brak wymogu rozwiązania stosunku pracy dla osób, które chcą korzystać z emerytury, może je wręcz do tego zachęcać.

– Jeśli jakaś osoba chce dalej pracować, to lepiej, żeby istniał ten wymóg po to, aby zbyt łatwo nie korzystała ze świadczenia emerytalnego – przekonuje Jeremi Mordasewicz.