Otwarcie dla polskich pracowników niemieckiego rynku pracy w połowie 2011 roku nie spowoduje masowego odpływu rodzimej siły roboczej za Odrę. Niemcy wprawdzie głoszą, że ich wychodzącej z recesji gospodarce znów potrzeba rąk do pracy, jednak w praktyce mogą nie wytrzymać konkurencji z takimi rynkami jak np. Holandia, dokąd polscy ekspaci najchętniej dziś jeżdżą zarabiać pieniądze.

Zdaniem Ogólnopolskiego Konwentu Agencji Pracy (OKAP), który od początku listopada przygotowuje raport na temat preferencji zarobkowych polskich emigrantów, ta sytuacja w najbliższym czasie raczej się nie zmieni.

– Pełne wyniki poznamy w kwietniu, jednak już dziś widać, że polscy pracownicy najwyżej cenią holenderskich pracodawców, a dopiero na dalszych miejscach są Niemcy i Norwegia – mówi nam Ewa Pietruszka z OKAP.

Holandia obroni swoją pozycję przede wszystkim dlatego, że przeszła przez kryzys względnie suchą nogą (w tym roku zanotuje 2-proc. wzrost PKB) i znowu poszukuje pracowników. Inaczej niż ostro dotknięte kryzysem Wielka Brytania i Irlandia, które były wymarzoną destynacją polskich pracowników między 2004 a 2008 rokiem. – W Holandii na dzień dobry potrzeba ok. 100 tys. rąk do pracy – mówi Mariusz Lang, szef SBA Euro, firmy zajmującej się pośrednictwem pracy w Europie. Holandia poszukuje przede wszystkim informatyków, inżynierów i osób do opieki nad starszymi.

Zarobki są atrakcyjne, ale nie odbiegają szczególnie od wynagrodzeń oferowanych np. przez Niemców. I tak początkujący informatyk zarobi 3 – 4 tys. euro miesięcznie na rękę, a młody inżynier 3 – 3,5 tys. Z kolei pracownik fizyczny od 8 do 13 euro za godzinę. Koszty utrzymania są trochę niższe, więc na czysto wychodzi się lepiej.

Jednak najważniejsze czynniki wpływające na atrakcyjność Holandii jako miejsca pracy dla Polaków są pozafinansowe. I to one sprawiają, że w 16-milionowej Holandii pracuje dziś już 300 tys., a więc ponad 13 proc. zarobkujących za granicą rodaków.

Holandia uchodzi za kraj bardziej przyjazny niż Niemcy, Belgia czy Francja. – Holendrzy nie oczekują na przykład, by pracownik komunikował się w ich ojczystym języku. Wystarczy angielski – mówi Lang. Jego zdaniem procentuje również to, że holenderskie firmy były jednymi z pierwszych, które zaczęły ściągać polskich pracowników. Mają więc dużo lepszą sieć kontaktów z naszymi agencjami pracy niż Niemcy.

Za Odrą dopiero w ostatnich miesiącach rząd zaczął się w ogóle zastanawiać, jak nakłonić obcokrajowców do przyjazdu. Nie najlepszego image’u trudno jednak pozbyć się z dnia na dzień. Według opublikowanego właśnie sondażu Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej w skali od jednego (atrakcyjny) do pięciu (nieatrakcyjny) niemiecki rynek pracy dostał zaledwie 2,8. Dlatego przyszłoroczne otwarcie rynków pracy w Niemczech i Austrii nie spowoduje masowej emigracji. Również z powodu poprawy jakości życia w Polsce i lepszej sytuacji na rodzimym rynku pracy. Polscy eksperci szacują, że za Odrę wyjedzie między 200 a 400 tys. ludzi. Niewiele w porównaniu z 2 mln, które ruszyły po naszym wejściu do Unii za kanał La Manche.