Z polską biedą to ciekawa historia. Najpierw długo była tematem tabu. Jeszcze kilkanaście lat temu miało to historyczne uzasadnienie. Jak pisała prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska, temat był niewygodny zarówno dla polityków z obozu solidarnościowego, jak i przedstawicieli obozu postkomunistycznego. „Pierwsi, którzy uważali się za jedynych promotorów transformacji, podnosząc kwestię biedy, musieliby przyznać, że istnieje znacząca populacja, która »straciła« w rezultacie przemian przedstawianych wcześniej jako korzystne dla wszystkich; drudzy zaś naraziliby się na atak, że obecny stan rzeczy wynika z nieefektywności gospodarczej poprzedniego ustroju, za który ponoszą odpowiedzialność”.

Potem, gdy już nie dało się dłużej unikać tematu, ubóstwo traktowano jak problem, „który rozwiąże się sam, kiedy sytuacja gospodarki się poprawi”. Skutkiem ubocznym takiego nastawienia było to, że ubóstwo jako zjawisko społeczne pozostało nieobecne w debacie publicznej. Nie przyczyniło się to do głębszego zrozumienia biedy jako czegoś wielowymiarowego, na co nie ma prostych recept, a walka z czym prowadzona musi być jednocześnie na wielu frontach.

Nieskuteczna terapia

Największy wpływ na powstanie nowych, nieobserwowanych wcześniej obszarów biedy miała terapia szokowa zafundowana polskiej gospodarce w 1989 i 1990 r. Profesor Stanisława Golinowska, autorytet w badaniach z zakresu ubóstwa i wykluczenia społecznego, nazwała to nawet ubóstwem transformacyjnym. Jego bezpośrednią przyczyną była przede wszystkim likwidacja miejsc pracy – ale nie tylko.

Rząd Tadeusza Mazowieckiego, korzystając z olbrzymiego zaufania społecznego, postawił w 1989 r. na radykalne zmiany, których głównym celem było zatrzymanie hiperinflacji. Rząd ciął więc wydatki publiczne, z dnia na dzień likwidując budżetowe dotacje do przedsiębiorstw państwowych. Postanowiono urealnić koszt pieniądza, czyli urynkowić kredyt – co też uczyniono specjalną ustawą. Po podniesieniu stóp procentowych koszt obsługi kredytów w firmach gwałtownie wzrósł, co w połączeniu z końcem dotowania zmusiło państwowe przedsiębiorstwa do ostrych cięć w budżetach. Na pierwszy ogień poszły wszystkie programy socjalne, drugą metodą były zwolnienia, trzecią – cięcia płac. To ostatnie zresztą zostało wymuszone przez prawo, bo na płace został nałożony tzw. popiwek (czyli specjalny podatek od wzrostu wynagrodzeń). To w połączeniu z gwałtownym wzrostem cen musiało się skończyć głębokim spadkiem realnych dochodów gospodarstw domowych. Jak to obrazowo opisywał jeden z doradców ówczesnego rządu: trzeba było zabrać ludziom jedną trzecią ich pieniędzy, a potem je spalić.

Co gorsza, w gospodarce następował szybki proces przemian strukturalnych. Hiperinflacja pożarła oszczędności gromadzone przez lata w czasach komunizmu. Na bruku znaleźli się ludzie, których umiejętności nie były już nikomu potrzebne. Eksperci od rynku pracy twierdzą, że nastąpiło niedostosowanie nowego popytu na pracę do jej podaży. Jedna przyczyna to szybka reindustrializacja i wzrost znaczenia sektora usług w gospodarce. W 1990 r. udział przemysłu w wartości dodanej (czyli wartości wszystkich dóbr i usług wytwarzanych w gospodarce po odjęciu kosztów tego wytworzenia) sięgał 53 proc. (licząc razem z budownictwem), rok później już niespełna 42 proc., a pod koniec dekady – 31 proc. Równocześnie rosła rola usług: w 1990 r. ich udział w gospodarce wynosił 38,4 proc., by w ciągu następnych 10 lat wzrosnąć do 55 proc. Druga przyczyna to zmiany w rolnictwie, a konkretnie upadek państwowych gospodarstw rolnych. Rolnictwo zostało przy tym poddane rynkowej próbie, czyli bardzo szybko okazało się, że nie da się zapewnić wysokiej rentowności gospodarstw przy tak rozdrobnionej strukturze. Efekt był piorunujący. Lucyna Deniszczuk, ekonomistka zajmująca się badaniem warunków życia ludności, pisała w swojej pracy „Rozmiary i struktura ubóstwa w Polsce” z 1995 r., że rok wcześniej zakres ubóstwa wyznaczony linią minimum socjalnego objął aż 43 proc. ogółu ludności (minimum socjalne to taki poziom dochodów, który pozwala normalnie żyć i nie ma ryzyka wykluczenia społecznego). Mierząc biedę inną miarą – minimum egzystencji na poziomie degradacji cywilizacyjnej (70 proc. minimum socjalnego – dochód taki, że się nie przymiera głodem, ale nie stać cię na wiele wydatków) – ubogich było 23 proc. Polaków. Dochód poniżej minimum egzystencji na poziomie degradacji biologicznej (czyli taki, który może nie wystarczyć, by zdrowo żyć) w 1994 r. miało aż 12 proc. ludności.

Od ubóstwa do społecznego wykluczenia

To jednak tylko suche liczby. Wyrazisty obraz tego, co się wtedy działo w polskich domach, dotkniętych skutkami terapii szokowej, pokazują „Pamiętniki bezrobotnych” wydawane w pierwszej połowie poprzedniej dekady przez Instytut Gospodarstwa Społecznego SGH. Publikacja była nawiązaniem do zbioru o takim samym tytule z 1933 r. pod redakcją Ludwika Krzywickiego. Tamten dokumentował polskie skutki wielkiego kryzysu, ten wydany 70 lat później świadczył o efektach transformacji lat 90.

Prace bezrobotnych przesłane na konkurs (bo w takiej formule były zbierane) posłużyły dwojgu ekonomistom SGH – Ewie Cichowicz i Pawłowi Kubickiemu – do analizy tego, jaki wpływ na rodzinę mają ubóstwo i wykluczenie społeczne wywołane utratą pracy. Niektóre wnioski są banalne: zaczyna brakować pieniędzy, więc oszczędza się na tym, bez czego można się obejść. W pierwszej kolejności rodziny tną wydatki na kulturę i rozrywkę, potem na kosmetyki i środki czystości.

„Wydatki przeznaczane na jedzenie traktowane są jako niepotrzebne »tracenie« pieniędzy. Oprócz tego rodziny bezrobotnych mają kłopoty z regulowaniem stałych należności związanych z użytkowaniem mieszkania, a w przypadku pogłębiającego się ubóstwa także z zakupem żywności” – pisali Cichowicz i Kubicki w swojej pracy z 2005 r. Dużo bardziej przejmujące było jednak przedstawienie mechanizmu stopniowego wykluczenia społecznego. Zaczyna się od wstydu. Bezrobotni wstydzą się swojego ubóstwa, więc ograniczają kontakty z innymi, zwłaszcza tymi, którzy mają pracę. Poza tym wydatki związane z życiem towarzyskim to również koszt, który trzeba ograniczyć. W domach bezrobotnych dochodzi coraz częściej do kłótni i napięć, a ich podłożem jest podział ograniczonych zasobów. Na pierwszym miejscu stawiane są potrzeby dzieci, a decydujący wpływ na podział środków oraz odpowiedzialność za utrzymanie domu spada na matkę – możemy przeczytać w pracy „Rodzina wobec wykluczenia społecznego – analiza »Pamiętników bezrobotnych«”. W rodzinach modelu tradycyjnego, gdzie głównym żywicielem był ojciec, a matka zajmowała się domem, zwłaszcza mężczyźni mają duży problem z wytrzymaniem presji. „W wielu pamiętnikach przewija się motyw ucieczki mężczyzn w hazard, popadania w alkoholizm, rozwodów oraz rozpadu rodziny” – piszą ekonomiści.

Ale prawdziwe spustoszenie ubóstwo robi w życiu dzieci. Te, które pamiętały jeszcze, że oboje rodziców kiedyś pracowało i zarabiało pieniądze, nieustannie porównują „wczoraj i dziś”. Dzieci, które urodziły się w rodzinie dotkniętej bezrobociem, także porównują swoje życie do życia zamożniejszych rówieśników. To w naturalny sposób powoduje frustrację. Autorzy analizy zwracają uwagę, że najmłodsi są w pewnym sensie uczeni życia w biedzie – dzieci muszą się pogodzić z koniecznością ograniczania własnych potrzeb. I podkreślają, że poczucie alienacji i wykluczenia u najmłodszych z powodu biedy to cecha wspólna wszystkich badanych rodzin. „Według nas to właśnie zmiany w psychice młodych ludzi i w konsekwencji samowykluczanie stanowią jedną z najbardziej dramatycznych konsekwencji życia w długotrwałej biedzie” – piszą.

Gospodarka pomoże. Albo nie

Eksperci są w zasadzie zgodni, że u źródeł powstawania biedy zawsze jest utrata pracy. Czyli bezrobocie wynikające z rynkowych uwarunkowań (bo np. firma zbankrutowała) albo zawodowa dezaktywizacja spowodowana innymi przyczynami, choćby chorobą. Taką diagnozę stawiają zarówno ci ekonomiści, których dziś nazwalibyśmy liberałami zapatrzonymi w rynek, jak i ci o nieco bardziej prospołecznej proweniencji.

Obie grupy jednak mają różne recepty na wyciągnie ludzi z biedy. Ci pierwsi powiedzą, że najlepszy sposób to gospodarczy wzrost. Bo im lepsza koniunktura, większy popyt, tym większa skłonność firm do tworzenia miejsc pracy i podwyżek płac (bo ktoś musi produkować, by ten popyt zaspokoić). Można przy tym nieco firmom pomóc, choćby przez uelastycznienie rynku pracy. Czyli, powiedzmy, zmniejszając ochronę pracowniczą albo wprowadzając nowe, wygodne z punktu widzenia przedsiębiorcy formuły zatrudnienia. To ostatnie zresztą zastosowano w Polsce w odpowiedzi na ostatni kryzys – chodziło o to, żeby zamiast zwalniać pracowników, zatrudnić ich na umowach dziś nazywanych śmieciowymi, co zmniejszało koszty. Ale szybko stało się to największą patologią polskiego rynku pracy, a mechanizmu nadużywano.

No właśnie – mówi druga grupa ekonomistów – nie chodzi o to, by dać ludziom byle jaką robotę, bez prawnej ochrony, nisko płatną i bez ubezpieczenia. Co z tego, że ktoś będzie jako tako zarabiał, na tyle dużo, by przeżyć, skoro formuła, w jakiej pracuje, wyklucza go np. z rynku finansowego. Trudno o dobry kredyt na mieszkanie, gdy się pracuje na śmieciówce. A tzw. bieda mieszkaniowa – czyli problemy z zapewnieniem dachu nad głową – to jedna z przyczyn wykluczenia społecznego. Poza tym, żeby godnie żyć, utrzymując się z niskopłatnej posady, trzeba harować. A to też sprzyja wykluczeniu, bo ktoś taki nie ma ani ochoty, ani czasu na utrzymywanie społecznych relacji. Poza tym sam wzrost gospodarczy nie wystarczy, by walczyć z wykluczeniem, które jest szczególnie niebezpieczne dla stosunków społecznych. Musi on być jeszcze sprawiedliwiej dzielony. Najprościej zrobić to w formie transferów od dobrze sobie radzących obywateli do tych w trudniejszej sytuacji. Mówiąc krótko, zasiłki to nie jest taki zły pomysł, pod warunkiem że będą traktowane jako doraźna pomoc. Poza tym mamy twardy dowód na to, że bezpośredni transfer działa: wystarczyło wypłacić w 2016 r. ponad 17 mld zł w formie dodatków wychowawczych 500 plus, a odsetek dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie spadł z 9 proc. do 6 proc. W ogóle grupa skrajnie ubogich gospodarstw domowych zmalała, w 2016 r. było ich niecałe 5 proc. A jeszcze dwa lata wcześniej stanowiła ona 7,4 proc. ogółu.

Niby racja, ale z zasiłkami są przynajmniej dwa podstawowe problemy – powiedzą liberałowie. Pierwszy to taki, że są na ogół źle adresowane. To znaczy nie tylko biedni je dostają, ale również ci, którzy mogliby sobie bez nich poradzić. Anna Kurowska w raporcie dla Forum Obywatelskiego Rozwoju (to organizacja kojarzona z Leszkiem Balcerowiczem) w 2008 r. pisała, że 20 proc. najbiedniejszych gospodarstw domowych dostaje połowę wypłacanych zasiłków pomocy społecznej – ale już tylko jedną trzecią świadczeń rodzinnych. Drugi problem z transferami jest taki, że mogą one demotywować osoby ubogie do aktywnego szukania pracy, np. podnoszenia swoich kwalifikacji.

Możliwe – odpowiedzą prospołeczni – ale redystrybucja to nie tylko transfer bezpośredni. Pieniądze są potrzebne na instytucjonalne działania, np. dostęp do darmowych żłobków albo przedszkoli. Wtedy dzieci z biednych rodzin byłyby w pewnym sensie wyciągane z domów, może udałoby się je uchronić przed patologicznym dziedzicznym wykluczeniem.

Przegrana walka

Tyle teoretyczne dyskusje. W praktyce polska walka z biedą przypominała do tej pory punktowe gaszenie pożarów, była chaotyczna, a badacze utyskiwali, że wyniki ich dociekań są zupełnie ignorowane przez instytucje państwa. Przywoływana już prof. Stanisława Golinowska z Instytutu Pracy i Praw Socjalnych w wywiadzie sprzed kilku lat politykę społeczną okresu transformacji określała jako instrumentalną i podporządkowaną celom rozwoju ekonomicznego. Jej zdaniem miała ona jednocześnie dwa kierunki. Pierwszy był polityczny. Zakładał wspieranie dużych grup społecznych, by zapobiegać wybuchom niezadowolenia na dużą skalę.

„Drugi kierunek, nazwijmy go socjalliberalnym, dążył do zreformowania podstawowych instytucji polityki społecznej tak, aby jednocześnie wspierały gospodarkę rynkową, a co najmniej nie przeszkadzały w jej rozwoju” – mówiła w rozmowie z Ireną Dryll opublikowanej w piśmie „Dialog”.

W walce z biedą i związanym z nią wykluczeniem dominował najprostszy wariant: pomoc socjalna. Walka nie była systemowa – w tym sensie, że inne instytucje publiczne, np. oświatowe, nie brały tego pod uwagę. Profesor Golinowska podawała przykład współczesnej polskiej szkoły, która – ulegając często presji rodziców, w pogoni za poprawą rankingów – izoluje i segreguje dzieci.

Polityką społeczną w większości obarczono samorządy, które przez długie lata skupiły się na doraźnej pomocy rodzinom dysfunkcyjnym, pomijając aspekt zapobiegania wykluczeniu społecznemu dzieci z takich rodzin. Do tej pory pomoc realizowana przez ośrodki pomocy społecznej w terenie kuleje, na co wskazują raporty Najwyższej Izby Kontroli – choćby ten z 2015 r. NIK oceniła wówczas, że ośrodki pomocy społecznej nie wykorzystują ogółu możliwości, aby dotrzeć do wszystkich osób, które potrzebują ich pomocy.

„Współpracują tylko z niektórymi organizacjami pozarządowymi, nie wyszukują aktywnie potrzebujących, często ograniczając się do biernego wykonywania rutynowych czynności i reagowania na zgłoszenia. Wpływ na ograniczone rozpoznawanie sytuacji społecznej miała m.in. nie zawsze optymalna obsada kadrowa ośrodków” – punktowała NIK.

Zupełną porażkę Polska poniosła w jeszcze jednym aspekcie, czyli w dostępności opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Jeśli to miałoby być remedium na dziedziczne wykluczenie, to u nas ono niemal zupełnie nie działało, przynajmniej przez pierwszą dekadę transformacji. Według danych OECD w 2005 r. tylko 28 proc. polskich dzieci w wieku do lat 3 korzystało z opieki instytucjonalnej. Z czasem ten odsetek co prawda wzrósł do 51 proc. w 2012 r., ale nadal stanowczo odbiegał od średniej OCED (70 proc.). Dopiero od 2015 r. prawo do edukacji przedszkolnej mają już wszystkie polskie czterolatki, od września 2017 r. podobna zasada obejmie wszystkie trzylatki. Postęp – ale do modelowego systemu szwedzkiego, gdzie wszystkie dzieci w wieku od pierwszego roku mają ustawowe prawo do wczesnej edukacji i opieki, nam daleko.

Ameryki wojna z biedą

Warto jednak przypomnieć, że walka z biedą jest trudna nie tylko w Polsce. Na świecie zmagają się z tym zjawiskiem nawet najbogatsze i najpotężniejsze kraje. W USA wypowiedziano biedzie nawet wojnę, która zaczęła się w 1964 r., kiedy prezydent Lyndon Johnson zapowiedział pakiet inicjatyw mających na celu zmniejszenie rozmiaru ubóstwa. W tej wojnie Stany Zjednoczone poniosły klęskę. W 1966 r., kiedy działały już rządowe programy powołane do zmniejszenia biedy, poniżej progu ubóstwa znajdowało się 14,7 proc. Amerykanów. Prawie pół wieku później, w 2015 r., było to 13,5 proc. (dane za ub.r. będą dostępne dopiero we wrześniu). Oczywiście wskaźnik ten na przestrzeni pięciu dekad ulegał wahaniom – nigdy jednak nie spadł poniżej 10 proc. Co gorsza, ponieważ przez ten czas populacja USA rosła, to realnie dzisiaj więcej obywateli Stanów Zjednoczonych znajduje się poniżej progu ubóstwa niż 50 lat temu.

Oczywiście mowa o statystycznych Amerykanach, bo przecież ubóstwo materialne w USA ma inny wymiar niż w Polsce. Statystycy za Atlantykiem mają również własną, szczególną definicję biedy. Mianowicie w Stanach za biedne uznaje się te osoby, które za swoje dochody nie są w stanie nabyć trzykrotności koszyka produktów spożywczych uznawanego za minimum zrównoważonej i zdrowej diety, opracowanego przez specjalistów z tamtejszego resortu rolnictwa (takich koszyków, a właściwie planów żywieniowych, są cztery, uporządkowane od najtańszego do najdroższego; w przypadku definicji biedy chodzi oczywiście o najtańszy).

Ta trzykrotność jest oczywiście przeliczalna na pieniądze i różni się w zależności od wielkości i składu osobowego gospodarstwa domowego. I tak, w 2015 r. próg ubóstwa dla osoby poniżej 65. roku życia, żyjącej samotnie wynosił 12 331 dol. rocznie (niewiele ponad 45,5 tys. zł, czyli 3,8 tys. zł miesięcznie), ale już w przypadku rodziny z dwójką dzieci było to 24 036 tys. dol. (prawie 89 tys. zł, czyli 7,4 tys. zł miesięcznie). Taką definicję zaproponowała w latach 60. Mollie Orshansky pod wpływem obserwacji, że w ubogich gospodarstwach domowych jedna trzecia dochodu przeznaczana jest na jedzenie. Założyła, że będą to produkty z najtańszego koszyka żywieniowego; aby osiągnąć próg ubóstwa, wystarczyło wartość tego koszyka pomnożyć przez 3.

Ten sposób wyliczania progu ubóstwa ma swoje wady, w związku z czym amerykańscy statystycy od kilku lat robią to również według innej formuły, zgodnie z którą ubóstwo w USA jest niższe, ale nie różni się dramatycznie od wskaźnika liczonego podług formuły z lat 60. Amerykańska statystyka pokazuje jednak coś bardzo ważnego: że nawet kompleksowe działania na rzecz walki z biedą często nie wystarczą. Johnson nie chciał po prostu dać ludziom pieniędzy do ręki, wojnę z ubóstwem chciał toczyć wielowymiarowo. W ramach wojny z biedą powstały agencje zapewniające ubezpieczenie zdrowotne dla niezamożnych i osób starszych – Medicare i Medicaid, uruchomiono program znaczków (czy bonów) żywieniowych, zadbano o wsparcie edukacji dzieci z rodzin ubogich i pomoc materialną dla rodzin wielodzietnych, a także starano się trwale przywrócić bezrobotnych na rynek pracy, m.in. organizując roboty publiczne czy powołując federalny fundusz do wsparcia regionu Appalachów – tego samego, który w ostatnich wyborach prezydenckich postawił na Donalda Trumpa, a który już w latach 60. był w fatalnej kondycji.

Appalachy – pasmo górskie we wschodniej części USA, ciągnące się od północy stanu Missisipi aż do południa stanu Nowy Jork – to miejsce największej porażki wojny z biedą. To tutaj olbrzymim problemem jest epidemia uzależnienia od opioidów (silnych leków przeciwbólowych), tutaj najwięcej jest ciąż wśród nastolatek. Ten region też Johnson wybrał, aby pokazać Ameryce, że bieda to nie tylko problem Trzeciego Świata (wtedy tak nazywano kraje rozwijające się), ale też jest obecna w samym sercu USA. Program naprawczy prezydent ogłosił w leżącym na wschodzie stanu Kentucky mieście Inez, odwiedziwszy jednego z mieszkańców – Toma Fletchera.

Historia Fletchera jak w soczewce skupia w sobie porażki wcześniejszych państwowych programów. Kiedy do jego domu przyjechał Johnson, Fletcher miał 38 lat, żonę i ośmioro dzieci. Był bezrobotny i z trudem wiązał koniec z końcem, choć wcześniej pracował w górnictwie węgla kamiennego czy przemyśle drzewnym. Prezydent pisał potem w książce ze swoimi wspomnieniami, że jego koncepcje pomogły Fletcherom w całej Ameryce.

Fletcher stał się beneficjentem zainicjowanych przez Johnsona programów. Do jego rodziny trafiła pomoc dla wielodzietnych, dzięki czemu podniósł się ich standard życia. Głowa rodziny dzięki robotom publicznym znalazła zajęcie – niestety, były to tylko nieskomplikowane prace przy oczyszczaniu pasa drogowego. Z tego względu już pięć lat po wizycie Johnsona jako 43-letni mężczyzna Fletcher na dobre zrezygnował z poszukiwania pracy i utrzymywał się z zasiłku dla niepełnosprawnych. Kiedy zmarła jego pierwsza żona, znalazł sobie drugą, z którą miał jeszcze dwójkę dzieci. Kobieta zabiła jednak jedno z nich (a drugie próbowała), aby wyłudzić zasiłek pogrzebowy – za co trafiła za kratki. Kiedy Fletcher zmarł w 2004 r., wciąż przebywała w więzieniu.

To skomplikowane bardziej, niż myślisz

Stany Zjednoczone są jednocześnie miejscem najbardziej zażartej dyskusji na temat tego, w jaki sposób walczyć z biedą. Ekonomiści o bardziej konserwatywnym (po naszemu: liberalnym) nastawieniu są przekonani, że państwo nie powinno dawać ludziom pieniędzy do ręki, tylko tworzyć zachęty do wychodzenia z biedy. Stąd dużą popularnością po prawej stronie sceny politycznej cieszą się chociażby zwolnienia podatkowe (vide planowana reforma kodeksu podatkowego Trumpa), bo nie przyzwyczajają ludzi do „handouts” (rozdawnictwa) i nie robią z nich „benefit moochers” (żebrzących o zasiłki), tylko zmuszają do osobistej odpowiedzialności (w końcu, żeby skorzystać z ulgi, trzeba coś zarobić). Odwrotnie uważają wyznawcy bardziej liberalnych poglądów (po naszemu zwolennicy solidaryzmu społecznego): żeby ktoś zarobił na ulgę, musi najpierw mieć środki na to, żeby dojechać do pracy.

Idące trochę w poprzek tej dyskusji podejście zaproponował kilka lat temu Kristian Niemietz w książce „Mówić o biedzie inaczej: dlaczego wojna z rynkiem nie jest substytutem dla wojny z biedą”. Badacz zaproponował następujące podejście – przyjrzyjmy się, co osoby niezamożne najbardziej bije po kieszeni, a następnie stwórzmy takie rozwiązania, które obniżą te koszty (niekoniecznie dając ludziom do ręki więcej pieniędzy). Badacz zwrócił np. uwagę na galopujące koszty mieszkań w Wielkiej Brytanii; od 1971 r. rosły one trzykrotnie szybciej niż ceny produktów konsumpcyjnych. W efekcie dużą część środków zabezpieczenia socjalnego rząd w Londynie musi przeznaczać na zasiłek mieszkaniowy. Rozwiązanie? Taka zmiana polityki przestrzennej, aby umożliwić powstanie wielu nowych mieszkań, wpływając w ten sposób na ich rynkowe ceny.

Niemietz w swoich pomysłach jest radykalny, ale daje do myślenia. Za inny znaczny koszt uznaje pieniądze, jakie Brytyjczycy muszą przeznaczać na dzienną opiekę nad dzieckiem. Nie trzeba nikogo przekonywać, że jej brak może być poważną przeszkodą na drodze do powrotu na rynek pracy. Rozwiązaniem mogłaby być deregulacja tego rynku; badacz podaje, że w latach 90. stosunek żłobków do miejsc, gdzie pracują opiekunki do dzieci, przedstawiał się jako 1:2; obecnie proporcje się odwróciły. To zwiększa koszty systemu. Niemietz idzie dalej: jeśli koszty żywności są za wysokie, należy zlikwidować dopłaty do rolnictwa, co utoruje drogę tańszym produktom zza granicy. Koszty energii elektrycznej za duże? Skończyć z dopłatami do odnawialnych źródeł energii.

To holistyczna strategia, wymagająca przemyślenia polityk w wielu obszarach wpływających na ludzi jednocześnie. Eksperci do walki z biedą na świecie zresztą od wielu lat przekonują, że jest to zjawisko wielowymiarowe i tylko jednoczesne uderzenie we wszystkie aspekty ubóstwa daje nadzieję na trwałe wyciągnięcie z niego. Doskonale rozumieją to na przykład architekci polityki społecznej z krajów skandynawskich, gdzie od dawna podstawą walki z biedą jest wciągnięcie i utrzymanie osób nią zagrożonych na rynku pracy. To jednak często wymaga spersonalizowanego podejścia, które uważane jest za drogie, a w związku z tym niepraktyczne.

Takie myślenie jednak nie występuje wszędzie. Chiny na przykład zobowiązały swoich samorządowców do sporządzenia list osób żyjących poniżej granicy ubóstwa wraz z adnotacją, co jest jego przyczyną – a następnie zaradzenia temu. Taki pilotażowy projekt wprowadził w zarządzanej przez siebie prowincji Fujian obecny prezydent Chin Xi Jinping (rządził tam w latach 1999–2002) i stanowi ona teraz wzór dla reszty kraju. Celem Państwa Środka jest kompletna likwidacja biedy do rozumianej jako życie za mniej niż 2,3 tys. juanów (równowartość ok. 1300 zł) rocznie do 2020 r. W 1980 r. w Państwie Środka poniżej granicy ubóstwa znajdowało się 775 mln osób; w ub.r. było to już 43 mln.

Jakby walka z biedą nie była już wystarczająco skomplikowana, to eksperci zajmujący się tym problemem na Zachodzie stanęli przed dodatkowym wyzwaniem: zjawiskiem ubogich pracujących. To najnowsze wyzwanie dla architektów polityki gospodarczej i społecznej, bowiem wywraca do góry nogami całą dyskusję o wyciąganiu z ubóstwa. Teraz pomóc stanąć na własnych nogach nie oznacza już znaleźć wolne miejsce pracy, ale takie, które zapewni godziwą pracę. To znacząco podwyższa poprzeczkę, jeśli idzie o skuteczne działanie. 

Polska poniosła porażkę w sprawie dostępności opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Jeśli to miałoby być remedium na dziedziczne wykluczenie, to u nas ono niemal zupełnie nie działało