Jak wynika z badania „Polski przedsiębiorca. Portret własny” przeprowadzonego przez home.pl, to przede wszystkim podatki i biurokracja. Z innych sondaży wnika, że kulą u nogi są wysokie składki na ZUS i zdrowotna. Ale to nie powinno dziwić. Proporcjonalnie wysokie obciążenia składkowe przy nie zawsze wysokich przychodach są zmorą większości małych biznesów. Rząd już zaproponował i  przedstawił szczegóły propozycji obniżenia należności emerytalno-rentowych dla firm, których przychód nie przekracza 5 tys. zł.

Kolejny krok to zmiana systemu płacenia na NFZ przez mikoprzedsiębiorców. I tu również cel jest szczytny – ulżenie najmniejszym w prowadzeniu biznesu. Ale wykonajmy małe ćwiczenie intelektualne. Czy przybędzie od tego pieniędzy na leczenie? Czy faktycznie osoby, które rejestrują się dzisiaj jako bezrobotne, bo dzięki temu zyskują prawo do bezpłatnych świadczeń medycznych (składkę płaci za nie budżet), zrezygnują z tego przywileju, wyjdą z szarej strefy, zarejestrują firmę i zaczną działać legalnie? Bo jeżeli tak, to pod propozycją podpisuję się obiema rękoma.

Jeżeli jednak rzeczywistość okaże się mniej różowa i ulga nie zadziała, to jak zwykle uczciwie płacący na NFZ okażą się zwykłymi frajerami. Efekt wtedy może być tylko jeden. W budżecie NFZ wcale nie będzie więcej pieniędzy na świadczenia medyczne, kolejki do zabiegów jeszcze bardziej się wydłużą. Już teraz prawie dwa miliony Polaków nie płaci składki zdrowotnej. Inne grupy, jak np. rolnicy z najmniejszymi gospodarstwami, partycypują w systemie lecznictwa na symbolicznym poziomie. W   efekcie „mapa drogowa” zapowiedziana jakiś czas temu przez ministra zdrowia dochodzenia do 6 proc. PKB wydatkowanych na zdrowi e (obecnie jest to niewiele więcej niż 4 proc.) może okazać się obietnicą bez pokrycia. Nic więcej poza ładną, ale jednak wydmuszką.