Trudno nie użyć znienawidzonego zdania rozpoczynającego wypracowania gimnazjalistów – „Już starożytni Grecy” – rozważając znaczenie charakteru. Już starożytni Grecy bowiem pisali o charakterze jako o podstawie dobrze funkcjonującego społeczeństwa.
Człowiek (tak rozumowali) nie rodzi się sobie a muzom, ale wprost z łona wradza się w sam środek społeczności i, aby stać się jej wartościowym członkiem, musi zostać poddany szkoleniu ducha. Jeśli się nie uda, neurotyczny, ordynarny lub po prostu zły delikwent zaburzy harmonię miasta i będzie bruździł; najlepiej wziąć takiego za kołnierz i wystawić za bramy. Jeśli zaś proces kształtowania charakteru się powiedzie, zostanie mężem cnotliwym – o spójnych, stabilnych nawykach, takich jak hojność, odwaga czy umiarkowanie. Taki ktoś wtopi się w miasto, będzie wzorowym obywatelem, jego czyny będą mieć właściwe efekty, innym będzie się z nim żyć dobrze, dzięki jego udziałowi społeczność będzie miała się coraz lepiej i będzie osiągać swe cele. A potem jeszcze przyuczy do cnót następne pokolenie, poprzez przykład, napominanie i feedback. I tak to powinno działać: społeczność kształtuje charakter, charakter kształtuje społeczność, polityka działa gładko i efektywnie, a wszystko zasadza się na jakości człowieka. Czy człek cnotliwy jest szczęśliwy? Tak, ale nie dlatego, że próbuje, nie dlatego, że cnoty mu po temu służą; jest szczęśliwy niejako przy okazji.
Już starożytni Grecy, ale współcześni Polacy, Niemcy, Amerykanie – nie za bardzo. Dzisiaj „charakter” jako coś, do czego należy dążyć, to przeżytek – pojęcia używamy czysto opisowo, mówiąc, że kuzyn sąsiada ma wredny charakter. To nie tak, że nie interesuje nas ludzkie wnętrze – interesuje nas nawet bardziej niż kiedyś. Interesuje nas tak bardzo, że wychowujemy dzieci, nerwowo dbając o ich ducha, tak by udało im się uniknąć terapii; dzieciom już wyrośniętym zaś oferujemy terapię jako sposób na zarządzanie psychiką. Ale nasz rozbuchany wgląd w dusze, nasza obsesja lustracji myśli i dochodzenia motywów działań, jest oparta na innej zasadzie: nie interesuje nas ich „jakość”, lecz ich dobrostan, szukamy przede wszystkim szczęścia, a dopiero potem, jeśli w ogóle, cnót. Indywidualistyczna kultura, w jakiej mamy niewątpliwą przyjemność sobie żyć, nie szuka zależności między wnętrzem a polityką – pacjent terapeuty nie jest wieloma rzeczami, ale najbardziej nie jest obywatelem. Kiedy człowiek walczy z niskim poczuciem wartości, z depresją albo ogólnym zagubieniem, przywrócenie go społeczeństwu jako funkcjonującego członka to tylko ewentualny poboczny produkt terapii, której głównym celem jest samozadowolenie. Pacjent po dobrej terapii to pacjent zadowolony, nawet jeśli jego szczęście zasadza się na tak aspołecznych zajęciach, jak plucie z okna o północy czy zabawy z chomikami. Kiedy można się zapaść w głąb siebie, w głąb rodziny czy w klatkę z chomikiem, kultywacja charakteru w znaczeniu starożytnych Greków nie ma większego sensu, bo nawet pies z kulawą nogą nie interesuje się tym, jaki kształt musi przybrać ów charakter, żeby nasze państwo-miasto działało harmonijnie. Ważne, żeby nam było fajnie.