Praca zdalna od dwóch lat próbuje znaleźć swoje miejsce w kodeksie i ciągle coś staje jej na przeszkodzie. Przed 2020 r. była przywilejem dostępnym dla nielicznych, traktowanym jako nagroda lub wręcz benefit dla zatrudnionych. Okazjonalny home office mógł wynikać z regulaminu, ale najczęściej było to po prostu uzgodnione między pracownikiem a jego szefem. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem pandemii, gdy na tę formę pracy przeszły niekiedy całe firmy, a także urzędy. O żadnych regulaminach i porozumieniach nie było mowy, w wydanej w pośpiechu specustawie covidowej znalazł się przepis, który w czasie epidemii lub zagrożenia epidemicznego dał pracodawcom prawo do wysyłania personelu na pracę zdalną bez jego zgody. W kolejnych miesiącach zasady te tylko nieco uszczegółowiono. Gdy jednak okazało się, że home office ma szansę zadomowić się na stałe, jesienią 2020 r. rozpoczęto prace nad odpowiednią nowelizacją kodeksu pracy. Wydawało się, że powinno pójść w miarę gładko, bo wszystkim stronom – także rządowej – powinno zależeć na jak najszybszym uporządkowaniu tej sprawy. Nie było przecież wiadomo, kto odpowiada za wypadek pracownika na home office, kto ponosi koszty mediów itd. Prac nad ustawą to jednak nie przyspieszyło, dyskusje nad nią trwają do dziś. Firmy przez cały czas korzystają z okrojonych przepisów covidowych w myśl powiedzenia, że „prowizorki są najtrwalsze”.