Mieli szansę na karierę w jednym z największych przedsiębiorstw konsultingowych na świecie. Nie czekając na awanse, zaczęli pracować na własny rachunek, rzucając wyzwanie wielkiej czwórce firm doradczych.
Etat w dużej firmie specjalizującej się w usługach doradczych to marzenie studenta ekonomii. Kiedy rozpoczyna się rekrutacja, zgłaszają się do nich setki chętnych. Na staż może liczyć niewielu, którym udało się przejść testy porównywalne niemal do tych, jakim poddawani są kandydaci do służb specjalnych. Sprawdzana jest nie tylko wiedza, ale też refleks czy umiejętność logicznego myślenia pod presją czasu. Kiedy już udaje się zdobyć miejsce w firmie, wysokie zarobki, wyjazdy, zagraniczne szkolenia stają się faktem. Mając to wszystko, dwójka pracowników jednego z największych na świecie przedsiębiorstwa doradczego Accenture powiedziała: basta! I przeszła na swoje.
– W korporacji wszystko jest podane na tacy. Po pewnym czasie wiedziałam, na jakie szkolenia pojadę, co będę mogła robić i jak będzie wyglądała moja praca przez najbliższe 10 lat – mówi „DGP” Marta Niemczyk, współwłaścicielka firmy konsultingowej Goldenberry. Wspomina, że odeszła nie dlatego, iż była niezadowolona z tego, co robi. Tak dobrze dogadywała się z szefem, że jeszcze ostatniego dnia zajmowała się przygotowaniem oferty do przetargu, w którym miało wystartować Accenture. – Ale w korporacji nie możesz wygrać więcej, niż to jest z góry przewidziane. Chciałam podejmować większe wyzwania, decydować o własnym awansie, a nie czekać, aż firma uzna, że jestem na to gotowa – mówi.