Nie do końca wiadomo, jaki rządzi tu klucz. Co więcej, wszyscy oni zarabiają mniej niż menedżerowie nawet średniego szczebla w dużych korporacjach. I te dysproporcje nie zmniejszają się od lat. Eksperci biją na alarm, wskazując, że w administracji może działać selekcja negatywna. – Trzeba wreszcie podjąć zdecydowaną dyskusję nad wynagrodzeniami, ale też kwalifikacjami w administracji publicznej – mówi prof. Józefina Hrynkiewicz. Podkreśla, że np. ministrowie mają zupełnie nieadekwatne wynagrodzenie do zakresu obowiązków i odpowiedzialności. – Skutki decyzji ministra finansów są przecież nieporównywalnie bardziej poważne niż szefa firmy, ale także prezydenta miasta – mówi. Jej zdaniem przedstawiciele administracji rządowej powinni mieć wysokie kwalifikacje, ale i wynagrodzenia.

Eksperci zwracają ponadto uwagę na zasysanie sektora publicznego przez biznes. – Kiedy najważniejsi urzędnicy idą do biznesu, mogą powstawać złe związki – mówi Hrynkiewicz. A dyrektor Instytutu Spraw Publicznych Jacek Kucharczyk zwraca uwagę, że w pracowników administracji rządowej państwo często inwestuje, np. przeznaczając środki unijne na szkolenia. – A potem za pieniądze podatników zyskuje na tym biznes – mówi Kucharczyk.

Mimo że zarobki najwyższych rangą urzędników są niższe niż w biznesie, niektórzy z nich mają spore majątki. W rządzie bardzo dobrze powodzi się ministrowi finansów Jackowi Rostowskiemu, który ma m.in. kilka nieruchomości w Anglii i Francji, oraz szefowi resortu spraw zagranicznych. Radosław Sikorski wraz z żoną mają m.in. 800-metrowy pałac z parkiem, stawem, 14 ha gruntów, ok. 650 tys. zł oszczędności i żadnych kredytów.

Kontrowersję wzbudza też, oprócz wysokości samych zarobków, sposób ujawniania majątków. Większość szefów państwowych urzędów nie musi podawać ich do publicznej informacji. To efekt tego, że przepisy dotyczące oświadczeń o stanie majątkowym są nieprecyzyjne. – Nie ma jednolitych wzorów, jest niedookreślony krąg osób, które powinny je składać, więc wiele instytucji, jak np. Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia czy NFOŚiGW, tego nie robią – mówi minister ds. walki z korupcją Julia Pitera.

Podkreśla też, że wszystkie oświadczenia poza tymi składanymi przez parlamentarzystów, członków rządu, samorządowców oraz szefów urzędów podlegających premierowi nie są jawne. – Nie ma więc możliwości obywatelskiej kontroli – dodaje.

Najbiedniejsza jest prezydent Indii

Najlepiej opłacanym urzędem na świecie jest prezydentura w Singapurze. Sellapan Ramanathan zarabia w przeliczeniu 131 tys. euro miesięcznie. W pozostałych państwach wysoko rozwiniętych prezydenci z reguły otrzymują znacznie niższe pensje. I tak przywódca USA Barack Obama mógł w ubiegłym roku liczyć w przeliczeniu na 23,7 tys. euro miesięcznie (średnia krajowa 3,5 tys.), Francuz Nicolas Sarkozy na 18,1 tys. (ś.k. 4,2 tys.), a prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew na 6,9 tys. (ś.k. 670 euro). Znacznie niższe oficjalne zarobki otrzymuje prezydent Chin Hu Jintao 450 euro miesięcznie (ś.k. 260). Najniżej opłacaną głową państwa w ramach G20 jest prezydent Indii, jednocześnie mający niewielkie kompetencje. Pratibha Patil musi się zadowolić 240 euro. Nieźle opłacani są za to urzędnicy struktur europejskich. W tym roku eurodeputowany dostaje co miesiąc 7957 euro, nie licząc diet i rozmaitych dodatków. Podstawowa pensja członka Komisji Europejskiej wynosi 20 666 euro. Urzędnicy w zależności od szczebla otrzymują od 1,8 tys. do 18,4 tys. euro. Przeciętny mieszkaniec Unii miesięcznie zarabia 3,2 tys. euro. Zróżnicowane są też wynagrodzenia w parlamentach narodowych państw członkowskich UE. Najbiedniejsi są Rumuni, którzy co miesiąc dostają na konto przelew w wysokości 830 euro (przy ś.k. 520 euro). Włoscy deputowani mogą liczyć na 12 tys. euro, gdy ich rodacy średnio otrzymują 3 tys.

mwp