Resort nauki stworzył listę 14 kierunków studiów, które uznał za najbardziej deficytowe. Część absolwentów kierunków zamawianych może mieć problem ze znalezieniem pracy.
Wybór tzw. kierunków zamawianych, czyli takich, które zostały uznane za deficytowe, wzbudza coraz więcej wątpliwości przedstawicieli uczelni, ekspertów rynku pracy, pracodawców i samych studentów.
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW), które je uruchomiło w 2008 roku zrobiło to na podstawie danych otrzymanych od wojewódzkich urzędów pracy (WUP) i ankiet przeprowadzonych przez TNS OBOP. Wynikało z nich, że kierunki najbardziej deficytowe to m. in. fizyka, chemia, wzornictwo. Jednak ten wykaz mógł się już zdezaktualizować. Co więcej nie po wszystkich tych kierunkach będzie można znaleźć pracę, a także nie wszystkie są przydatne naszej gospodarce.

Absolwenci bez pracy

Reklama
Profesor Krzysztof Gołacki, prorektor ds. studentów i dydaktyki na Uniwersytecie Przyrodniczym (UP) w Lublinie, ma obawy, czy np. absolwenci inżynierii środowiska znajdą w Polsce pracę. W ubiegłym roku studia na tym kierunku rozpoczęło 17,7 tys.s studentów.
– 70 proc. absolwentów tego kierunku musi liczyć się z tym, że czeka ich bezrobocie, bo w Polsce nie ma tylu firm, które będą mogły ich zatrudnić – mówi prof. Krzysztof Gołacki.

Reklama
Dodaje, że w USA na kierunku inżynieria środowiska kształci się rocznie 200 osób, bo takie jest zapotrzebowanie rynku.
Kolejne wątpliwości dotyczą biotechnologii. W Polsce zapotrzebowanie na tych specjalistów jest niewielkie. Nie ma firm, które mogą ich zatrudniać.
– Mówi się, że biotechnologia jest kierunkiem przyszłości. Jest to jednak szerokie pojęcie. Biotechnolog znajdzie raczej pracę za kilka czy kilkanaście lat. Obecnie wiele osób z takim wykształceniem opuszcza Polskę właśnie z powodu groźby bezrobocia – mówi Gabriela Jabłońska, analityk rynku pracy, rynekpracy. pl.
W efekcie Polska za pieniądze podatników kształci wysokiej klasy specjalistów, którzy swoje umiejętności wykorzystują za granicą. Ich wykształcenie kosztuje budżet 10 tys. zł rocznie.
Powodem wyjazdów jest też różnica w zarobkach. Na przykład absolwenci mechatroniki nie chcą po pięciu latach trudnych studiów pracować za 2 tys. zł miesięcznie. Na Zachodzie mogą otrzymać na początek ok. 12 tys. zł.



Korzyści kuszą

Większość kierunków zamawianych wskazanych przez resort nauki nie wzbudza jednak wątpliwości. Zdaniem ekspertów po budownictwie czy informatyce osoby te znajdą zatrudnienie. To kusi maturzystów. Dlatego od dwóch lat wzrasta liczba osób, które decydują się na studia na tych kierunkach. Liczą też na dodatkowe korzyści. Są to m.in. stypendia dla najlepszych studentów w kwocie do 1 tys. zł miesięcznie, czy dodatkowe zajęcia wyrównawcze z matematyki i fizyki.
Ale także tutaj pojawia się problem. Na takie kierunki czasem trafiają osoby przypadkowe. Bardziej skuszone wizją wysokiego stypendium niż uzyskaniem np. tytułu inżyniera.
Może się tak dziać tym bardziej, że uczelnie mają problem z obsadzeniem tych kierunków. Jak sprawdzaliśmy pod koniec września tego roku niektóre z nich nadal miały tam wolne miejsca i przyjmowały kandydatów z ostatnich miejsc na listach rezerwowych. A takie osoby mogą nie dać sobie rady na zazwyczaj trudnych studiach. Albo ukończą je dla dyplomu, a potem będą i tak pracować w innym zawodzie. Jest też takie zagrożenie, że najlepsi będą otrzymywać stypendium, ale w trakcie studiów zrezygnują i nie staną się absolwentami.
Aby zapobiegać takim sytuacjom, resort nauki umożliwił uczelniom wystąpienie o zwrot stypendium. Niektóre wpisały do regulaminów ich przyznawania taką ewentualność.
– Student, który chce pobierać stypendium na kierunku zamawianym, musi podpisać umowę. Zobowiązuje się, że jeśli z własnej winy przerwie studia, będzie musiał zwrócić stypendium – mówi Mirosław Łukaszuk z Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej.

Pozostaje emigracja

Zdaniem prof. Krzysztofa Gołackiego, problem dopasowania szkolnictwa wyższego do potrzeb rynku pracy wynika z braku wiarygodnych instytucji w Polsce, które prowadziłyby prognozy rynku i przedstawiały uczelniom, jakich absolwentów będzie brakowało za kilka lat.
– Taka instytucja działa na przykład w Niemczech. Przekazuje informacje o zapotrzebowaniu na rynku pracy uczelniom, co pozwala im przygotować absolwentów do zmieniającego się rynku – mówi prof. Krzysztof Gołacki.
Z kolei Wojciech Szewko, ekspert Business Centre Club (BCC), uważa, że w proces przygotowywania listy kierunków zamawianych powinny być włączone organizacje pracodawców.
– To na podstawie ich wiedzy można w sposób w miarę rzetelny określić przyszłe zapotrzebowanie reprezentatywnej grupy firm na specjalistów w różnych dziedzinach – mówi Wojciech Szewko.
Dodaje, że ponieważ rząd nie ma takiego zwyczaju i nie korzysta z ich pomocy oraz prognoz, produkowani są za nasze pieniądze specjaliści, którzy zapewne znajdą pracę, ale niekoniecznie w Polsce.
– Za co Wielka Brytania, Niemcy czy Irlandia są nam niezwykle wdzięczne – uważa Wojciech Szewko.
Tylko w tym roku akademickim resort nauki przeznaczył na dofinansowanie kierunków zamawianych 200 mln zł.