Jeszcze gorzej jest z innymi stworzonymi dla szkół pomocami: rzutnikami, które mogą zastąpić dezaktualizujące się mapy, mikroskopami połączonymi z kamerami, interaktywnymi projektorami z mikrofonami dla nauczyciela. Co najwyżej po jednym na kilkuset uczniów, tak że większość nawet nie wie, że w ich szkole są takie cudeńka.

Nie lepiej jest zresztą z samymi komputerami. Nawet i ich jest jak na lekarstwo. Według danych GUS dotyczących roku szkolnego 2008/2009 w Polsce w kolejce do jednego komputera czeka 10 uczniów. Średnio w UE na jeden komputer przypada pięciu uczniów. Gorsze wyniki niż u nas są tylko w Bułgarii, na Litwie, w Rumunii, na Łotwie i w Portugalii.

W warszawskim liceum im. Jana III Sobieskiego jest 85 komputerów na blisko pięciuset uczniów. – Wydawać by się mogło, że to całkiem sporo, ale tak naprawdę ta liczba niewiele mówi o stanie informatyzacji szkoły – mówi Wojciech Domalewski, nauczyciel informatyki i szef stowarzyszenia Komputer w Szkole. – Internet obsługujący wszystkie komputery ma taką samą przepustowość jak moja domowa sieć, którą mam do obsługi tylko jednego komputera. Ciężko taki stan nazwać informatyzacją – dodaje Domalewski.

Nierozpakowane komputery

Jeszcze dziesięć lat temu, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski przy blaskach fleszy otwierał kolejne pracownie komputerowe w ramach wielkiej akcji „Pracownia internetowa w każdej szkole”, wydawało się, że taki prosty gest: zakup kilkunastu komputerów do każdej placówki, wystarczy. Szybko jednak się okazało, że to o wiele za mało. Nie wzięto pod uwagę tego, że w niektórych szkołach oprócz sprzętu może brakować odpowiedniej infrastruktury.

Zdarzało się nawet, że dyrektorzy nie chcieli sprzętu, bo nie mieli pieniędzy na budowę sieci LAN bądź rozbudowę sieci energetycznej. – Są szkoły, w których do dziś leżą w kartonach nierozpakowane komputery – opowiada Jaworski. – Choć trzeba przyznać, że dzięki tamtemu programowi powstały pracownie, które spełniły bardzo ważną rolę, bo w szkołach pojawiły się nowoczesne technologie. Dziś to stanowczo za mało, bo co z tego, że w szkołach są sale z dziesięcioma pecetami sprzed dekady, z których dzieciaki mogą korzystać tylko raz lub dwa razy w tygodniu podczas lekcji informatyki – dodaje Jaworski i opowiada o dyrektorach, którzy nie mogą w samorządach wywalczyć pieniędzy na nowy sprzęt w miejsce tego sprzed kilku lat. – Urzędnicy odpowiadają im: przecież te komputery jeszcze działają. Po co wam nowe? Zupełnie nie rozumieją, że technika tak idzie do przodu, że dziś to są już niemalże zabytki – dodaje ekspert.

A do tego te zabytki, jak się okazuje, w znacznej części nawet nie są podłączone do sieci. Według GUS w liceach tylko trochę ponad jedna czwarta komputerów ma taki dostęp. – I jak tu mówić o szkole przyszłości? – zastanawia się Jaworski. – To nijak ma się do tego, jak wygląda współczesne życie. Szkoła nie nadąża za tym, co się dzieje. A przecież młody człowiek kończący dziś edukację powinien umieć wykonać przelew przez internet, zrobić zakupy w sieci, wysłać e-PIT – dodaje ekspert.

Za tym światem, jak się okazuje, nie nadążają też kolejne rządowe programy. „Komputer dla ucznia” ogłoszony w 2007 roku zakładał, że do 2010 roku każdy gimnazjalista otrzymałby laptopa, który miałby służyć do nauki. Po skończeniu szkoły uczeń mógłby zatrzymać sprzęt. Realizacja programu ruszyła pełną parą już w 2008 roku. Przeszkolono prawie 30 tys. pedagogów i wydano blisko 16 mln zł. Rok temu rząd ogłosił koniec projektu. Powód: jest kryzys i naszej gospodarki nie stać na takie wydatki z budżetu państwa.

Od roku obiecywane jest także uchwalenie „Planu działań dotyczącego nauczania dzieci i młodzieży oraz funkcjonowania szkoły w społeczeństwie informacyjnym. Nowe technologie w edukacji”, który miałby określić zmiany, jakie trzeba dokonać do 2013 roku. Nadal go nie ma.