Z jednej strony prace nad objęciem wszystkich zleceń składkami ZUS są dopiero na etapie konsultacji. Z drugiej, w rządzie szykują się zmiany, a dział „praca” ma zostać przesunięty do resortu rozwoju, którym pokieruje Jarosław Gowin. Tymczasem on sam i jego Porozumienie nie są zwolennikami tego pomysłu. Zwłaszcza w momencie wywołanego pandemią przyduszenia gospodarki.

Według danych ZUS od końca lutego do końca sierpnia liczba pracowników, od których pracodawcy odprowadzali składki, spadła o 209 tys. Jednocześnie jednak wzrosła grupa ubezpieczonych prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą (o 67 tys.), a także zleceniobiorców, dla których umowa zlecenie to jedyne źródło dochodów (o 9 tys.). To może wskazywać, że firmy próbują oszczędzać na kosztach zatrudnienia.

Na razie pomysł jest konsultowany w Radzie Dialogu Społecznego. Za rozwiązaniem są związkowcy. ‒ W naszym solidarnościowym systemie wszystkie rodzaje umów powinny być oskładkowane ‒ mówi Bogdan Grzybowski, ekspert OPZZ. Rządowa propozycja likwidacji zbiegów ubezpieczeń oznacza jedynie pełne ozusowanie umów zleceń. Tymczasem związkowcy proponują także oskładkowanie innych przypadków, gdzie z powodu zbiegu tytułów nie płaci się dziś składek emerytalnych czy rentowych (np. samozatrudnienia emerytów). Pojawiły się także pomysły oskładkowania umów o dzieło.

Do zmian nie palą się pracodawcy. ‒ Oczekujemy na odpowiednio długie vacatio legis, my proponujemy, by nastąpiło to, gdy gospodarka odbije po COVID-19, więc najwcześniej od roku 2022 ‒ mówi Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan. Pracodawcy chcieliby zresztą, by zmiany zostały zrekompensowane obniżkami w podatkach, np. przez zwiększenie kosztów uzyskania przychodu. ‒ W tej chwili jeśli nie nastąpi jakieś nadzwyczajne przyspieszenie, to nie uda się wprowadzić tego rozwiązania do początku roku ‒ mówi nam osoba z rządu. Na to może się nałożyć rekonstrukcyjne zamieszanie. Dział praca przechodzi z resortu Marleny Maląg do Ministerstwa Rozwoju i to Jarosław Gowin ma odpowiadać za sytuację na rynku pracy.

Dziś w sytuacji, gdy zleceniobiorca podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu na innej podstawie, np. na podstawie innej umowy zlecenia, występuje tzw. zbieg tytułów. W przypadku kilku umów zlecenia, jeżeli łączna podstawa wymiaru składek z tych tytułów osiąga kwotę minimalnego wynagrodzenia (w 2020 r. kwotę 2600 zł), zleceniobiorca nie podlega obowiązkowym ubezpieczeniom od kolejnych umów. Rozważana przez rząd propozycja proponuje zniesienie tej zasady.

Jak wynika z danych ZUS, kwestia zmian w zasadach oskładkowania umów zleceń mogłaby dotyczyć ok. 900 tys. osób. Wśród osób, które w wyniku proponowanych zmian objęte zostaną dodatkowymi tytułami ubezpieczenia społecznego z tytułu umowy zlecenia, przeważają kobiety – stanowią one 51,8 proc. tej grupy. Średni wiek tych osób wynosi 45,7 lat (45,8 lat w przypadku mężczyzn i 45,6 lat w przypadku kobiet).

O tym, że wszystkie umowy zlecenia powinny być oskładkowane, jest przekonany Łukasz Kozłowski, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. Jak mówi, sam fakt naliczania składki na ZUS nie powoduje, że taka forma pracy stanie się mniej elastyczna. ‒ To jedynie zrówna ją z umową o pracę pod względem składek i nieco zmniejszy atrakcyjność optymalizacyjną. Mogłoby też zapobiec takiej sytuacji, jaka była w 2008 r., kiedy to po wybuchu kryzysu finansowego mieliśmy bardzo duży wzrost liczby umów cywilnoprawnych, który utrzymywał się potem latami – mówi Łukasz Kozłowski.

Wzrost popularności tzw. elastycznych form zatrudnienia widać również teraz, po wybuchu kryzysu covidowego. Według danych ZUS od końca lutego do końca sierpnia liczba pracowników, od których pracodawcy odprowadzali składki ‒ spadła o 209 tys. Jednocześnie jednak wzrosła grupa ubezpieczonych prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą (o 67 tys.), a także zleceniobiorców, dla których umowa zlecenie to jedyne źródło dochodów (o 9 tys.). Według Łukasza Kozłowskiego to kolejny dowód na poparcie tezy, że firmy próbują obniżać koszty działalności, szukając oszczędności w cięciu kosztów pracy. A robią to, wypychając pracowników, którzy do tej pory pracowali na etatach, na samozatrudnienie. W tym sensie istnienie elastycznych form zatrudnienia można potraktować jak antykryzysowy bufor: ludzie jednak zachowują pracę, z tym że formalna strona się zmienia.

‒ Trzeba pamiętać o tym kryzysowym kontekście, niemniej jednak ze zmianami w systemie nie można czekać. Owszem, nie ma sensu walczyć z tym, że w czasach podwyższonej niepewności elastyczne formy zatrudnienia zyskują na popularności. To normalne. Ale fakt, że umowę cywilnoprawną łatwiej jest rozwiązać niż umowę o pracę, to chyba wystarczający atut i nie trzeba jeszcze dodatkowo stosować zachęt w postaci niższych podatków czy składek – mówi Łukasz Kozłowski.

Dane ZUS to niejedyny ślad wypychania na samozatrudnienie. Mogą nim być również informacje o liczbie aktywnych działalności gospodarczych z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Na koniec sierpnia zbliżyła się ona do 2,54 mln i było to najwięcej aktywnych jednoosobowych działalności w tym roku. Od końca kwietnia – czyli od apogeum kryzysu, kiedy to niemal cała gospodarka była zamrożona – przybyło ich ok. 100 tys. Inną poszlakę, wskazująca na tzw. optymalizację kosztów pracy, znajdziemy w danych BAEL, publikowanych przez GUS. Wynika z nich, że w II kwartale liczba pracowników najemnych spadła o 173 tys. w porównaniu z I kwartałem, zaś pracujących na własny rachunek przybyło w tym czasie 9 tys.

‒ Jeśli już się zastanawiamy, czy ozusowanie umów zlecenia może utrudnić takie dostosowania na rynku pracy, to może warto równolegle zastanowić się nad sposobami zmniejszania kosztów zatrudniania na umowach o pracę. Warto też wrócić do dyskusji nad zmianą ozusowania działalności gospodarczej, np. wiążąc wielkość składek z wysokością dochodów, bo to, co mamy dzisiaj, dodatkowo powoduje arbitraż na rynku pracy – mówi Łukasz Kozłowski.