Każda epoka ma takich duszpasterzy, na jakich zasługuje. W latach 50. XX w. Thomas Merton, wybitny duchowny katolicki ze Stanów Zjednoczonych, prywatnie przyjaciel Czesława Miłosza, napisał jedno ze swoich sztandarowych dzieł „Nikt nie jest samotną wyspą”, w którym w pełen empatii sposób opisał relację człowieka z Bogiem. W 2020 r. polski arcybiskup Marek Jędraszewski użył metafory samotnej wyspy, żeby w pozbawiony empatii sposób wskazać kolejnego wroga – tym razem singli.
Według abp. Jędraszewskiego to „ideologia singli” sprawia, że Europę i świat Zachodu w ogóle zamieszkują miliony samotnych kobiet i mężczyzn. W ten sposób single stali się obok społeczności LGBT kolejnym przeciwnikiem polskiego Episkopatu, a przynajmniej jego części. Życie singli jest rzekomo ciągiem nieustannych przyjemności. Nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za drugiego człowieka, gdyż im się zwyczajnie nie chce – najpewniej wolą spędzać całe dnie na imprezowaniu i oglądaniu sprośnych seriali na Netflixie.
Trudno nie odnieść wrażenia, że konserwatywną część polskiego Kościoła owładnęło pewnego rodzaju lenistwo intelektualne. Gdy konserwatywni duchowni widzą zjawisko lub proces, które im się nie podobają, błyskawicznie obarczają winą jakąś wyimaginowaną ideologię, tak jak zwolennicy teorii spiskowych wszędzie doszukują się efektów knowań Gatesa, Sorosa lub Żydów. To bardzo wygodna postawa – zamiast wykonać pracę intelektualną, żeby zrozumieć jakiś proces, wystarczy wymyślić naprędce doktrynę, która jest temu wszystkiemu winna. Jeśli dzieje się coś złego, to na pewno jacyś wpływowi ludzie drobiazgowo to zaplanowali, bo mają w tym interes. Wystarczy ich zlokalizować, wyłapać i odizolować, a świat stanie się lepszy. Walka ze społecznymi procesami, strukturami i zjawiskami jest jednak dużo trudniejsza – trzeba najpierw postawić adekwatną diagnozę, wymyślić odpowiednią politykę, stworzyć skuteczne narzędzia. Kto by miał do tego głowę? Lepiej znaleźć chłopca do bicia.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

Równoległy proces

Jest faktem, że w ostatnich dekadach singli przybywa, co ma związek ze spadkiem liczby zawieranych małżeństw, a wzrostem rozwodów. W 1965 r. unijny wskaźnik małżeństw, czyli liczba ślubów przypadająca na 1 tys. mieszkańców UE rocznie, wynosił 7,8, natomiast wskaźnik rozwodów 0,8. W 2017 r. w całej UE na 1 tys. mieszkańców zawarto już tylko 4,4 małżeństwa, za to odnotowano aż dwa rozwody. W ciągu ostatniego półwiecza wskaźniki małżeństw i rozwodów bardzo się do siebie zbliżyły.
Szczególnie duży spadek wskaźnika małżeństw zanotowały kraje Europy Środkowej i Wschodniej. W latach 60. był on w niektórych krajach nawet dwucyfrowy, tymczasem po kilkudziesięciu latach spadł do poziomu mniej więcej odpowiadającego krajom Zachodu. Przykładowo w Estonii spadł z 10 do 5 małżeństw na 1 tys. mieszkańców. W Polsce zaś w latach 1960–2018 spadł z 8,2 do 5,1, czyli do (zbliżonego do średniej unijnej) poziomu Szwecji. Na całym kontynencie ten proces przebiegał równolegle.
Arcybiskup Jędraszewski nieco się spóźnił z określeniem singlizmu jako zagrożenia. Proces odchodzenia od małżeństwa w krajach naszego regionu zaczął się już co najmniej w latach 80., a przyspieszył w następnej dekadzie. W Polsce wskaźnik małżeństw od roku 1980 (8,6) do 1990 spadł do 6,7. W kolejnej dekadzie do 5,5 i od tamtej pory utrzymuje się na poziomie nieco ponad 5. Od 2010 r. średnia unijna (4,4) stoi w miejscu, także w poszczególnych krajach UE wskaźnik małżeństw praktycznie się nie zmienia. Tak więc według twardych danych proces odchodzenia od małżeństwa trwa już od kilku dziesięcioleci, a jakąś dekadę temu się zatrzymał. Arcybiskup nie popisał się refleksem.

Transformacja rzeczywistości

Małżeństwo jest jednak dużo mniej popularne wśród obecnych młodych Polek i Polaków niż pod koniec PRL. Spadek wskaźnika małżeństw z lat 80. i 90. bez wątpienia można przypisać transformacji gospodarczej, która zwiększyła poczucie niepewności w całym społeczeństwie. Ludzie tracili pracę, wiele zakładów zatrudniających tysiące osób przestawało mieć rację bytu w rynkowej rzeczywistości. Taki szok – gdy człowiek uświadamia sobie, że jego umiejętności są nikomu niepotrzebne, a sam może nie odnaleźć się w nowej rzeczywistości – raczej nie sprzyja wiązaniu się na zawsze lub przynajmniej na dłużej. Trudno brać odpowiedzialność za innych, gdy nie ma się przekonania, że będzie się potrafiło zadbać o samego siebie.
Od lat 90. większe znaczenie ma edukacja, szczególnie na poziomie wyższym. Wśród polskich milenialsów aż 43,5 proc. ma wyższe wykształcenie, tymczasem w pokoleniu ich rodziców studia skończyło zaledwie 16 proc. Wydłużenie czasu kształcenia o co najmniej pięć lat, a w wielu przypadkach o sześć, siedem, w oczywisty sposób opóźniło moment wchodzenia w dorosłość. Okres po studiach to dla wielu jeszcze czas dokształcania się na podyplomówkach oraz różnych stażach, więc gdy „młody” człowiek rzeczywiście może powiedzieć, że jest dostatecznie wyedukowany, to ma już zwykle 30 lat. Mógłby ktoś zauważyć, że nikt nie każe kształcić się do trzydziestki. Problem w tym, że na obecnym rynku pracy, gdzie zanikają middle-skill jobs, czyli miejsca pracy dla średniaków, człowiek bez dyplomu, ukończonego stażu i jakiegoś kursu nie może liczyć na przyzwoite zatrudnienie.
Według OECD wśród Polaków z wyższym wykształceniem pracę ma 88 proc., a w populacji ze średnim – jedynie 70 proc. Tytuł magistra daje w Polsce przeciętnie dochód o 67 proc. wyższy od średniej krajowej. W realiach gospodarki XXI w. trzeba się odpowiednio wykształcić, żeby coś znaczyć na rynku pracy. A to wymaga czasu. Czasu, w którym pokolenie naszych rodziców wchodziło już w związki małżeńskie.

Niestabilność zatrudnienia

Młodzi ludzie opóźniają zatem wejście w dorosłość. Szczególnie wyróżniają się tu kraje Europy Środkowej i Wschodniej, w której długo mieszka się z rodzicami. W Polsce dotyczy to 49 proc. zatrudnionych w wieku 18–34 lata. To czwarty najwyższy wynik w UE. Jest to efekt m.in. niestabilnego rynku pracy, który sprekaryzował się w pierwszych latach XXI w., gdy dopuszczono stosowanie umów cywilnoprawnych na szeroką skalę. Według OECD 22 proc. pracowników w Polsce pracuje na umowach czasowych (zlecenie, o dzieło lub o pracę na czas określony). Młodych dotyka to szczególnie – w najmłodszej grupie wiekowej na umowach czasowych zatrudnionych jest aż 60 proc. pracowników. Tylko w czterech krajach UE ten odsetek jest większy.
Pracując na umowach czasowych, trudno jest zaplanować swoje życie i wziąć na siebie odpowiedzialność za innych. Już samo zdobycie własnego dachu nad głową jest wyzwaniem – uzyskanie kredytu hipotecznego bez stałego etatu zwykle bywa niemożliwe, na mieszkanie komunalne można czekać nawet kilkanaście lat (według danych NIK), a rynek najmu w Polsce jest w powijakach, przez co wynajem jest koszmarnie drogi. Dlatego też pracownicy w okolicach trzydziestki zwykle podnajmują pokój w lokalu z kilkoma obcymi osobami.
W szybko zmieniającej się współczesnej gospodarce trudno nawet z dużym przekonaniem stwierdzić, gdzie będzie się mieszkać za kilka lat. Firmy się wprowadzają i wyprowadzają, przenoszenie miejsc pracy to standard. Przedstawiciele pokolenia powojennego wyżu mogli żyć w przekonaniu, że pójdą na emeryturę z tego zakładu, w którym zaczynali pracę. Pokolenie milenialsów nie ma nawet pewności, że całe życie będzie mieszkać w jednym rejonie kraju. Przeciętny mieszkaniec UE zmienia miejsce zamieszkania cztery razy w życiu. Polacy w obrębie kraju są mniej mobilni niż Europejczycy z zachodu kontynentu (w ostatnich pięciu latach tylko 10 proc. populacji Polski zmieniło miejsce zamieszkania), jednak dużo częściej emigrują za pracą za granicę. Są to zwykle wyjazdy na pewien okres, z planem powrotu do ojczyzny, jednak skutecznie uniemożliwiają poukładanie sobie życia rodzinnego.

Niedopasowanie płciowe

W naszym kraju doszło też do dosyć nieoczywistego rozdziału między kobietami i mężczyznami. Źródłem tej izolacji płci jest wykształcenie.
53,5 proc. Polek w wieku 25–34 lata ma wyższe wykształcenie. Wśród mężczyzn to jedynie 34 proc. Dwudziestopunktowa różnica to przepaść, która stworzyła nie tylko barierę mentalną (kobiety szukają partnerów, którzy mają podobne wykształcenie), lecz także geograficzną. Osoby z wyższym wykształceniem migrują do dużych miast, gdyż tam mogą znaleźć odpowiednią dla nich pracę. Polacy, którzy nie ukończyli studiów, częściej zostają w swoich rodzinnych miejscowościach, a jeśli emigrują, to za granicę. Na polskiej wsi mieszka o 100 tys. więcej 20–34-letnich mężczyzn niż kobiet w tym samym wieku, natomiast w miastach na 100 mężczyzn przypada 111 kobiet. Wiele par nie powstanie z tego prostego powodu, że się nie będą miały jak spotkać – młodzi mężczyźni i młode kobiety mieszkają statystycznie w innych miejscach.
Powszechność singielstwa nie jest więc wynikiem panowania jakieś demonicznej ideologii, podpowiadanej przez wpływowych orędowników genderyzmu. Jest efektem przemian ekonomiczno-społecznych, które zachodzą w Polsce co najmniej od końca lat 80., jeśli nie wcześniej – w gruncie rzeczy już w latach 60. nastąpiła aktywizacja zawodowa Polek, co wpłynęło na model rodziny. Współczesna gospodarka wymaga świetnego wykształcenia, pełnej dyspozycyjności oraz mobilności. Żeby temu sprostać, ludzie muszą często rezygnować ze swojego życia prywatnego lub ograniczać je do wieczornych spotkań towarzyskich. Jeśli abp. Jędraszewskiemu rzeczywiście zależy na ograniczeniu singielstwa, powinien z ambony nawoływać do budowy mieszkań komunalnych, zwiększenia stabilności zatrudnienia oraz rozwoju gospodarczego prowincji, by ograniczyć konieczność migracji. Wolał jednak pójść na łatwiznę i uznać singielstwo za ideologię, co świadczy bardziej o jego rozeznaniu w sytuacji niż o polskich singlach i singielkach.
Jeśli abp. Jędraszewskiemu zależy na ograniczeniu singielstwa, to powinien nawoływać z ambony do budowy mieszkań komunalnych, zwiększenia stabilności zatrudnienia oraz rozwoju gospodarczego prowincji