Rząd finansuje posiadanie jak największej liczby dzieci, a opieka społeczna musi je później utrzymywać – tak najczęściej postrzega się wielodzietność. Słusznie?
Ada nie planowała dużej rodziny, ale pierwsze dziecko urodziła jeszcze na studiach. Drugie też, kiedy je kończyła. Trzecie – przed trzydziestką. A zarzekała się, że nie będzie sobie „marnować młodości”. Znajomi przestrzegali, że kiedy urodzi, jej świat stanie na głowie, a ona uschnie z niewyspania i straci urodę. Gdyby dała się zastraszyć życzliwym, pewnie dziś nie byłaby w czwartej ciąży. Drugi syn ma się urodzić wiosną. Na razie ma dwie córki: starsza ma osiem lat, młodsza sześć. I trzyletniego syna. – Z perspektywy czasu myślę, że byłam skazana na tak obfite macierzyństwo. Mój mąż pochodzi z wielodzietnej rodziny. Ma aż jedenaścioro rodzeństwa – śmieje się Ada.
Kiedy Agata z mężem kupowali ponad 100-metrowe mieszkanie w Warszawie, mieli wieść luksusowy żywot dobrze zarabiającej pary z jednym dzieckiem. Dzisiaj mają ich pięcioro, mało oszczędności, dużo wydatków i jeszcze więcej dylematów, na co przeznaczyć roczny zwrot z podatków – na wycieczkę zagraniczną całą rodziną czy na odwlekany remont mieszkania.
Reklama
Magazyn DGP 3 stycznia 2020 / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Ewa z Piotrem doczekali się trojga potomstwa. Każda ciąża była zaplanowana i bardzo wyczekiwana. Brakuje pieniędzy, aby posyłać dzieci na wiele dodatkowych zajęć, więc rozrywkę muszą animować rodzice w domu. A to wzmacnia więzi.

Nie ma kokosów. Są dziadkowie

W całej Polsce żyje obecnie około 630 tys. rodzin wielodzietnych (co daje prawie 3,5 mln osób), czyli takich, które wychowują co najmniej troje dzieci. Z opublikowanego w 2016 r. przez Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus” raportu „Wielodzietni w Polsce” wynika, że największy ich odsetek zamieszkuje wschodnią ścianę Polski. Średnio w takich rodzinach wychowuje się czworo potomstwa. W co czwartym gospodarstwie domowym mieszkają dzieci z poprzednich związków, a co dziesiąta taka rodzina żyje w nieformalnym związku. Przynajmniej jedno z rodziców samo ma liczne rodzeństwo – szczególnie na wsi (ponad 90 proc.), ale też w miastach, gdzie tylko jedna czwarta badanych nie miała wcześniej styczności z taką sytuacją w rodzinie.
Związek „Trzy Plus” wyliczył, że dochody połowy rodzin wielodzietnych w Polsce nie pozwalają na zaspokojenie bieżących potrzeb, natomiast 58 proc. osiąga dochód nieprzekraczający 3 tys. zł na rękę. A przecież jest tyle wydatków! Średnio jedna trzecia domowego budżetu idzie na żywność, resztę pochłania szkoła (27 proc.), zajęcia dodatkowe dla dzieci (26 proc.), koszty związane ze żłobkiem i przedszkolem (19 proc.) oraz transport (15 proc.). Co trzecia rodzina deklaruje, że nie wydaje nic na kulturę i rozrywkę – na to już nie starcza.
– Przemieszczanie się po mieście jest kłopotliwe – przyznaje Agata. – Jak powiększyła się rodzina, musieliśmy kupić większy samochód. Trochę ratuje nas Karta Warszawiaka dla rodzin posiadających więcej niż troje dzieci. Córka może więc bezpłatnie dojeżdżać autobusem do liceum. Wszyscy jeździlibyśmy częściej komunikacją zbiorową, gdyby jakaś zniżka przysługiwała również rodzicom. Niestety, musimy płacić 100 proc. za bilet, co powoduje, że młodsze dzieci nie korzystają często z przywileju darmowej komunikacji, bo stale pozostają pod naszą opieką, a wobec braku zniżki wolimy podróżować samochodem.
Autem po mieście – ze sklepu do domu, z przedszkola do pracy – poruszają się też Ewa z Piotrem i trojgiem dzieci: Martą, Adamem i Pauliną. Ale chociaż w Łodzi żyje się coraz szybciej (choć nadal nie tak szybko jak w Warszawie), cała piątka nie odczuwa tego pośpiechu.
– Donikąd nam się nie spieszy – twierdzi Ewa. – Stawiamy na slow life. Z zaspokajaniem potrzeb dajemy sobie radę, bez roztrząsania, ile na co poszło pieniędzy, bo uczymy się bardziej być niż mieć. Być w relacji.
Piotr od 15 lat pracuje w tej samej klinice weterynaryjnej. Ewa długo nie potrafiła znaleźć sobie miejsca na rynku pracy, w końcu zajęła się domem, na którego utrzymanie zarabiał mąż. Najpierw urodziła się Marta, dwa lata później Adam, ale na Paulinę trzeba było poczekać długie cztery lata.
– Kiedy byliśmy we czwórkę, wiedziałam, że jeszcze kogoś brakuje w naszym gronie. Nie chcę, aby źle to zabrzmiało, ale nie czuliśmy się pełną rodziną – opowiada Ewa.
Po przyjściu na świat Marty młodzi rodzice postanowili wyprowadzić się z kawalerki i zamieszkać u rodziców Piotra, w domku jednorodzinnym. Oni z córką na górze, dziadkowie na dole. Dzięki takiemu układowi łatwiej było decydować się na kolejne dzieci. Wszyscy solidarnie składają się na utrzymanie domu, robią listę zakupów, razem jedzą posiłki. A jak młodzi potrzebują pobyć sami, idą do siebie na górę. Nikt sobie nie wchodzi w drogę.
– Rodzice bardzo nam pomagają. Dzięki temu, że mieszkamy pod jednym dachem, nie musieliśmy oddawać dzieci do żłobka czy do przedszkola, jak już Ewa poszła do pracy, bo dziadkowie są na emeryturze i chętnie bawią wnuki. Wspólnie prowadzimy gospodarstwo domowe, bo tak jest taniej, a nie zarabiamy kokosów. Nie żyjemy bynajmniej na granicy ubóstwa, ale nie stać nas na posyłanie dzieci na wiele zajęć dodatkowych. Żona pracuje w stadninie, więc Marta bierze darmowe lekcje jazdy konnej. Ja z kolei uczę syna gry na gitarze, bo mam w domu instrument, a nawet „piec”. Jesteśmy samowystarczalni – podkreśla Piotr.

Wielodzietni, lecz samotni

Państwo chwali się wieloma instrumentami wsparcia, na które mogą liczyć osoby posiadające dzieci. W 2013 r. weszła w życie ustawa wydłużająca urlop macierzyński z 6 do 12 miesięcy. Rok później wprowadzono ogólnopolską Kartę Dużej Rodziny, czyli system zniżek, np. na przejazdy kolejowe i przeloty, leczenie w wybranych placówkach medycznych, ubezpieczenia czy bilety do kina. Rabaty obejmują też tankowanie na niektórych stacjach benzynowych i umożliwiają płacenie niższych rachunków za prąd. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wprowadziło też progresywną ulgę, dzięki której w rocznym rozliczeniu można odpisać od podatku kwotę adekwatną do liczby posiadanych dzieci.
Najbardziej znany jest oczywiście program „Rodzina 500 plus” – comiesięczne wsparcie w wysokości 500 zł trafia prosto do kieszeni świadczeniobiorców. Tylko w pierwszym roku skorzystało z niego 3,7 mln dzieci z 2,4 mln rodzin, co kosztowało Skarb Państwa ponad 42 mld zł. I choć zdaniem wielu ekspertów rozdawnictwo demoralizuje, matki wolą brać pieniądze do ręki zamiast szukać zatrudnienia, a sam program nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bardziej przyczyniając się do likwidacji ognisk biedy niż działając jako impuls demograficzny, same rodziny nie mają co do programu wątpliwości.
– Dzięki 500 plus mogę zostać w domu i poświęcić czas dzieciom, zwłaszcza najmłodszemu, Jasiowi, który ma dziś dwa lata. Nie chcemy go posyłać do żłobka, bo mamy złe doświadczenia z córkami, które stale chorowały i ktoś z nas i tak musiał z nimi siedzieć w domu. Jaś za rok pójdzie do przedszkola i wtedy zastanowię się, co dalej. Wcześniej prowadziłam własną działalność, ale od czterech lat nie pracuję. Dzięki wsparciu państwa nie musiałam wybierać między pracą a rodziną – mówi Agata.
Zdaniem analityków współpracujących ze Związkiem Dużych Rodzin, którzy posiłkują się wyliczeniami GUS i Eurostatu, prowadzona przez obecny i poprzedni rząd polityka prorodzinna miała pozytywny wpływ na wskaźniki społeczne. Po pierwsze, licząc od 2015 r., dwukrotnie spadł odsetek rodzin trzy plus zagrożonych ubóstwem, a w roku 2017 zrównał się pod tym względem z liczbą rodzin z jednym dzieckiem. Po drugie, w porównaniu do poziomu z początku XXI wieku drgnął współczynnik dzietności. Były lata, kiedy na kobietę w wieku rozrodczym przypadało poniżej 1,3 urodzeń, a teraz ten wskaźnik dochodzi do 1,5 (zastępowalność pokoleń gwarantuje dopiero dzietność na poziomie 2,1). Po trzecie – w latach 2010–2017 przybyło rodzin z dwójką dzieci.
W Związku Dużych Rodzin zrzeszonych jest około 7 tys. członków. Stowarzyszenie tworzy ogólnopolską społeczność zorganizowaną w 83 koła. Mają one za zadanie organizować szkolenia i wykłady podnoszące kompetencje rodzicielskie, imprezy integracyjne, tj. pikniki, festyny, biegi i maratony, wydarzenia okolicznościowe (Dzień Dziecka, mikołajki) oraz wspólne wyjazdy. Koła współpracują też z miejscowym samorządem, by reprezentować głos dużych rodzin na forum lokalnym. Aby założyć koło, potrzeba 10 członków dorosłych (mogą to być też pełnoletnie dzieci). Przeważnie wystarcza pięć rodzin.
Agata przewodniczy kołu na warszawskiej Białołęce, dzielnicy „słoików”. Mieszka tu wiele napływowych młodych par z dziećmi. Odcięci od reszty rodziny, głównie babć i dziadków, sami muszą ponosić trud wychowania kilkorga dzieci. To naturalne, że poszukują grup wsparcia wśród innych wielodzietnych. Próbują się odnaleźć, choć to nie lada sztuka, bo duża liczba dzieci nie jest przez otoczenie odbierana jako powód do dumy, tylko jako problem, który trzeba zgłosić opiece społecznej. Nic dziwnego, że liczne rodziny niespecjalnie chcą się wychylać i pokazywać sąsiadom. Po co im taka popularność?
– Spodziewaliśmy się trzeciego dziecka, a nieoczekiwanie urodziły się bliźniaczki – wspomina Agata. – Ludzie na ulicy zaczęli się nam dziwnie przyglądać, pewnie myśleli, że jesteśmy rodziną patchworkową, bo dwie córki są blondynkami, a dwie brunetkami. Czułam się trochę jak małpa w cyrku pod ostrzałem tych wymownych spojrzeń. Cieszyliśmy się z czwórki dzieci, natomiast ludzie nam często współczuli. Pytali z troską, czy planujemy kolejne potomstwo. Dwa lata temu przyszedł na świat Jaś. Najstarsza córka miała wtedy 15 lat. Była załamana. Bała się reakcji otoczenia i nie wiedziała, jak się w tej sytuacji odnaleźć. Nie miała siły chodzić do szkoły.
„Pięćsetplusy”, „pasożyty”, „patologia” – takie epitety można usłyszeć pod adresem wielodzietnych. Miesięczne świadczenia, ulgi podatkowe czy różne rabaty, no i sztandarowy program 500 plus trochę poprawiają sytuację bytową tych rodzin, za to nie ocieplają ich wizerunku w oczach społeczeństwa.
– Wielodzietni nie są grupą w żaden sposób uprzywilejowaną – protestuje Judyta Kruk, rzeczniczka prasowa ZDR „Trzy Plus”, matka sześciorga dzieci. – To ciągle zjawisko określane mianem marginesu społecznego. W opinii publicznej bywają powielane mylne przekonania, jakoby polityka rodzinna była tożsama z polityką socjalną. Innym niekorzystnym zjawiskiem jest zawężanie polityki rodzinnej wyłącznie do skojarzeń dotyczących programów zlecanych przez rząd, 500 plus czy „Wyprawka 300 plus”. Tymczasem warto przypomnieć, że przedstawione świadczenia nie są uwzględniane w dochodzie przy ustalaniu praw do świadczeń rodzinnych, z pomocy społecznej oraz z funduszu alimentacyjnego. „Rodzina 500 plus” to program wspierający rodziny w wychowaniu dzieci. Tym samym nie ma on charakteru podwyższenia zarobków rodziców i nie powinien być w ten sposób postrzegany przez społeczeństwo.
Aby nie dać się zgnębić stereotypom, Agata zaczęła szukać pomocy. W internecie namierzyła stronę ZDR. Pojechali całą rodziną z Warszawy na zjazd do Szczecina tylko po to, aby najstarsza córka i jej rodzeństwo przekonali się, że wielodzietność nie musi być piętnem ani obciachem. Założyła koło dużych rodzin na Białołęce, zachęcając kolejne rodziny z trójką, czwórką, piątką, a nawet siódemką dzieci, aby dołączały do wielodzietnej społeczności. Spotkania zapoznawcze odbywały się w przykościelnej salce parafialnej, ale Agata napisała wniosek o stworzenie miejsca aktywności lokalnej. Chciała stworzyć neutralną przestrzeń. Przyjść może każdy, niezależnie od poglądów religijnych i politycznych ani tego, czy jest w związku, czy samotnie wychowuje kilkoro dzieci. Koło ma ośmielić rodziny do wychodzenia z cienia, poznania się, wymiany doświadczeń, ale ma też pomagać najbardziej potrzebującym wielodzietnym.

Lokalne plusy

Kraków od 2012 r. wspiera rodziny wielodzietne za pośrednictwem programu „Krakowska Karta Rodzinna 3+”. Uprawnia ona do bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską dzieci i młodzież do 24. roku życia, darmowego wstępu na baseny, lodowiska, ścianki wspinaczkowe czy do kin w czasie letnich wakacji i ferii zimowych. Ponadto zapewnia rabaty w sklepach, lokalach gastronomicznych i punktach usługowych (w sumie jest ok. 470 takich miejsc). Przysługuje też zwolnienie z opłat w publicznych żłobkach i o połowę niższa stawka za pobyt dzieci w państwowych przedszkolach. Rodziny w trudnej sytuacji życiowej dostają możliwość odpracowania zadłużenia z tytułu korzystania z mieszkań komunalnych.
– Na terenie Krakowa mieszka około 6200 rodzin z co najmniej trojgiem dzieci. W tym roku z oferty programu skorzystało 5350 rodzin, a od początku funkcjonowania KKR wydano ponad 136 tys. ważnych kart. Miasto kładzie nacisk na wspieranie rodziny, w tym na rozwój kompetencji rodzicielsko-wychowawczych. Po to powstały m.in. kluby rodziców z dziećmi do lat 3. Jest ich w sumie 40. Mają integrować rodziny i są nieformalną grupą wsparcia dla osób posiadających dzieci i oczekujących na potomstwo. Prorodzinna polityka miasta procentuje. Od 10 lat odnotowujemy w Krakowie dodatni przyrost naturalny. Tylko w zeszłym roku przybyło 3721 mieszańców w stosunku do 2017 r., czyli wzrost wyniósł 2,04 proc. – podsumowuje Marzena Paszkot, pełnomocnik prezydenta Krakowa ds. rodziny.
O duże rodziny dba również Szczecin, który oferuje osobom z małymi dziećmi samorządowe 500 plus. Bon opiekuńczy – pod taką nazwą reklamowane jest to świadczenie – nie ma nic wspólnego z rozdawnictwem ani kupowaniem głosów wyborców. Wsparcie finansowe przysługuje rodzicom, którzy mieszkają w Szczecinie, tu płacą podatki, mają pracę zarobkową, nie korzystają z urlopu wychowawczego na dziecko, dla którego wnioskują o przyznanie bonu, i nie zajmują miejsca w żłobkach prowadzonych lub dofinansowywanych przez gminę. Szczecińskie 500 plus jest adresowane tylko do dzieci w wieku 13–36 miesięcy i ma służyć jako dopłata do legalnego zatrudnienia niani albo do pobytu dziecka w prywatnym żłobku, klubie dziecięcym lub u opiekuna dziennego. Aby dostać te pieniądze, rodzice z jednym lub z dwojgiem dzieci muszą spełniać określone kryterium dochodowe. Duże rodziny otrzymają środki bez względu na dochody.
Innym sposobem udzielania pomocy rzeczowej jest program „Dom Dużej Rodziny”. W tym przypadku miasto wyciąga pomocną dłoń do rodzin niezamożnych, które wymagają niezwłocznego wsparcia. I udziela im dachu nad głową w postaci bezterminowego najmu mieszkania komunalnego. Lokale o powierzchni powyżej 70 mkw. są urządzone pod klucz, ale może się tam wprowadzić tylko rodzina z co najmniej czwórką dzieci.
W Gdyni rodzin wielodzietnych jest około 500. To ponad 20 razy mniej niż w Warszawie (tam ich liczba przekracza 11 tys.), ale miasto pierwsze w całej Polsce wprowadziło bezpłatne przejazdy komunikacją zbiorową dla wszystkich członków rodziny z co najmniej trojgiem dzieci (już 11 lat temu). Gdynia ma poza tym startowy bonus dla rodziców trojaczków w postaci wózka z nosidełkiem – to taki symboliczny gest. Przydziela też asystenta rodziny na tak długo, jak będzie to konieczne – to już realne wsparcie. Samorząd zatrudnia około 35 takich pracowników. Ich zadaniem jest udzielanie porad prawnych oraz pomoc w wypełnianiu formularzy w celu uzyskania np. mieszkania komunalnego, zasiłku albo innych świadczeń.
– Przez pięć lat prowadziliśmy intensywne rozmowy w ramach projektu „Gdynia Rodzinna” z rodzicami i z dziećmi, pytając, czego oczekują od naszego miasta. Wynikiem tych rozmów jest otwarte w październiku tego roku Centrum Aktywności Rodziny, gdzie można wziąć udział w nieodpłatnych warsztatach i wykładach poświęconych rodzicielstwu albo po prostu spotkać się w swoim gronie. Centrum traktujemy jako miejsce inspiracji. Wiele gdyńskich dużych rodzin radzi sobie na tyle dobrze, że nie potrzebuje pomocy od samorządu. Naszym zadaniem jest tworzenie przyjaznej przestrzeni dla matek i ojców z dziećmi z uwzględnieniem ich aktywności. Dlatego, jeśli np. w mieście jest organizowane wydarzenie sportowe, zabiegamy, aby było wzbogacone o ofertę aktywizującą i integrującą duże rodziny – wyjaśnia Beata Szadziul, naczelniczka wydziału polityki rodzinnej gdyńskiego ratusza.
Od około pięciu lat Gdynia obserwuje lekki wzrost poziomu dzietności. Poziom satysfakcji matek z co najmniej trójką dzieci jest zdecydowanie wyższy. Kilka lat temu w ramach projektu „Mamy więcej” gdyńskie kobiety leczyły całą Polskę z uprzedzeń do dużych rodzin, przekonując, że więcej dzieci to więcej radości, szczęścia i satysfakcji z życia, a nie tylko więcej zmartwień i obowiązków.
Miasto od lat promuje wielodzietność, ale w lokalnej polityce prorodzinnej jest jeszcze wiele do zrobienia. A nie wszystko wydaje się wykonalne. Ciągle brakuje np. mieszkań komunalnych.
– Mamy za mało przestrzeni pod nowe inwestycje lokalowe. Trzy czwarte terenów Gdyni pokrywają lasy. Dlatego dla rodzin z dziećmi atrakcyjniejszy wydaje się Gdańsk, gdzie buduje się bardzo dużo mieszkań, których kupno kosztuje o wiele taniej za metr – mówi Szadziul.

Kłodzkie all inclusive

Agata nie ma wygórowanych potrzeb. Nie jest roszczeniowa. Po prostu dba o rodzinę i zwraca uwagę na luki w systemie, który mógłby bardziej zatroszczyć się o wielodzietnych. Nie chodzi o nadawanie szerokich przywilejów. Wystarczyłaby zniżka dla rodziców na bilety komunikacji miejskiej, rabat na bilet do często odwiedzanego przez opiekunów z dziećmi warszawskiego zoo czy po prostu miejsca parkingowe dla rodzin z dziećmi przed urzędami, poradniami, przychodniami.
Na liście życzeń są też oczywiście sprawy grubszego kalibru. Agatę zastanawia, dlaczego rządowy program „Mieszkanie Plus” jest skrojony przede wszystkim pod potrzeby singli dopiero planujących założenie rodziny w dwupokojowym standardzie, podczas gdy osoby, którym powiększa się rodzina, nie mogą dostać od państwa dofinansowania na zamianę mieszkania na większe. A przecież w ciasnocie trudno spełniać swój demograficzny obowiązek.
Ada nie wyklucza przeprowadzki na większy metraż, choć to na razie tylko pomysł, w dodatku ciągle odkładany w czasie. Ale kiedy drugi syn przyjdzie na świat, zrobi się tłoczno. Na razie dzieci są małe, mogą zajmować wspólny 30-metrowy pokój.
– Jeszcze tego nie odczuwamy, ale jak dziewczynki podrosną, dojdzie do naturalnego konfliktu płci. Wtedy trzeba będzie rozdzielić całą czwórkę. Może wybudujemy dom, a może zostaniemy w mieszkaniu, tylko gruntownie je przemeblujemy… – głośno myśli Ada.
Ewa z Piotrem nie mają takich planów. Dobrze im ze świadomością, że dziadkowie mieszkają na dole i w każdej chwili mogą zaopiekować się całą gromadką. Latem znowu pojadą na wakacje w to samo miejsce w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie mieszkają dalecy krewni. Pochodzą po górach, pojadą na wycieczkę rowerową, posiedzą przy ognisku i pośpiewają pieśni harcerskie. – To jest nasze kłodzkie all inclusive – śmieje się Ewa. – Czego nam więcej do szczęścia potrzeba? Mamy siebie.
Bo pieniądze naprawdę nie są najważniejsze. Szacunek, zrozumienie – na tym najbardziej zależy wielodzietnym.
– Na chleb nam nie brakuje, dajemy sobie radę, naprawdę nie chodzi o kwestie materialne. Chcemy zostać dostrzeżeni. Poczuć się jak pełnoprawni obywatele. Żeby ludzie nie odbierali nas w negatywny sposób – zapewnia Agata.
– Każda rodzina wielodzietna przechodzi przez okres posiadania jednego, dwojga, a następnie trojga dzieci; czasami nawet więcej. To normalna rodzina, jak każda inna. Z tą różnicą, że kumulują się w niej potrzeby rodzin z mniejszą liczbą dzieci – puentuje Judyta Kruk.