Czy istnieje tradycyjny polski model rodziny?

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że badacze zjawisk społecznych często żyją w świecie fikcji. A jedną z jej składowych jest mit o rodzinie wielopokoleniowej jako rdzennie tradycyjnej. Ten mit obalił już Peter Laslett, brytyjski historyk oraz demograf, który prowadził badania w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii – w swoich pracach zrekonstruował model rodziny, cofając się o setki lat. Okazało się, że mieszkanie pod jednym dachem wielopokoleniowych rodzin nie było częstym zjawiskiem. Młodzi zakładali własne gospodarstwa – tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Więc inne myślenie o naszej przeszłości jest ideologizowaną fikcją.

Ale mieszkająca razem rodzina, w której obok mamy i taty są też dzieci i dziadkowie, często stawiana jest nam za wzór.

To model żywcem wyjęty z PRL, wymuszony koniecznością, niemający wiele wspólnego z wolnym wyborem. Najzwyczajniej w świecie brakowało mieszkań i w popularnym M3 musieli się zmieścić wszyscy. Perspektywa ostatnich dekad jest dla wielu z nas jedynym punktem odniesienia. Za oczywisty uznajemy wzór rodziny z okresu dwudziestolecia międzywojennego lub właśnie z PRL. Często brakuje nam szerszego spojrzenia, więc wyciągamy mylne wnioski. Choćby na temat wieku zawierania małżeństw. Nie brakuje opinii ostrzegających przed skutkami coraz późniejszego podejmowania tej decyzji. Tymczasem dopiero ok. 2005 r. osiągnęliśmy wiek zawierania małżeństw, jaki dominował w międzywojniu. To lata PRL, gdy ludzie bardzo wcześnie decydowali się na ten krok, zmienił naszą perspektywę.

Czy to oznacza, że każdy element tradycyjnej rodziny można podważyć?

Istnieją pewne stałe podstawy w jej pojmowaniu albo społecznym myśleniu o niej: tak być powinno. Po pierwsze – rodzina to instytucja, która musi bazować na związku małżeńskim. Choć i tu trzeba zrobić małe zastrzeżenie co do formy małżeństwa. Na ziemiach polskich do 1945 r. istniały trzy porządki legislacyjne – był to spadek po zaborach, bo niestety dwudziestolecie międzywojenne nie wprowadziło jednolitego prawa cywilnego. I tak w dawnym zaborze rosyjskim nie było możliwości zawarcia małżeństwa w urzędach stanu cywilnego (USC). Były więc małżeństwa wyznaniowe, które rodziły skutki cywilnoprawne. Inaczej było już w Krakowie czy Poznaniu, gdzie składano śluby również lub jedynie przed urzędnikiem. Drugi wyznacznik rodziny to postulat, by zakładać ją jak najwcześniej.

Czyli kiedy?

Gdy mężczyzna, mający być jedynym zarabiającym, osiągnie samodzielność ekonomiczną i będzie w stanie utrzymać rodzinę. I tu znów ściera się kilka wzorców. Bo po wojnie, w PRL, względną finansową niezależność osiągano dość wcześnie. Jednocześnie w Łodzi od pokoleń było wiele kobiet aktywnych zawodowo. Włókniarki pracowały po kilkanaście godzin dziennie, utrzymując domy. Na ich ciężkiej pracy wyrosło wiele tamtejszych fortun. Trzecia wytyczna dotycząca rodziny mówi o tym, że w rodzinie powinno być jak najwięcej dzieci. Ale nie oszukujmy się, nawet nasze prababki i pradziadowie w międzywojniu stosowali metody regulacji poczęć, jak stosunek przerywany czy dłuższy okres karmienia piersią. Były to metody zawodne, ale świadczą o tym, że mało kto kierował się wyłącznie myśleniem „co Bóg da”. Czwarty element sprowadza się do tego, że rodzinę, a zwłaszcza małżeństwo, powinniśmy tworzyć dożywotnio, będąc razem na dobre i na złe.

źródło: DGP

I teraz, gdy zbliżamy się do Zachodu, wszystkie te ideały biorą w łeb?

Konwergencja zachowań demograficznych, ich dążenie do ujednolicenia, jest nieuniknione. Wszyscy podążamy jedną ścieżką rozwojową, jedni wolniej, drudzy szybciej. Przyjmujemy te same wzorce.

Czy to źle?

To kwestia pytań, jakie sobie stawiamy, i odpowiedzi na nie. Nasze prababki nie zastanawiały się, czy chcą mieć mężów i zostać matkami. Dla nich to była oczywistość. Kobieta bez męża była nieudacznicą, bez dzieci – osobą nie w pełni wartościową. A ta mówiąca głośno, co myśli, stanowiła zagrożenie i szybko wypadała poza towarzystwo. Pytania, które kiedyś nie istniały, pojawiły się teraz przed nami. I zaczęliśmy różnie na nie odpowiadać.

Sugeruje pan, że to pociągnęło za sobą zmiany demograficzne?

Długofalowe zmiany rodziny można opisać z perspektywy trzech wyzwoleń. Po pierwsze – od wpływu czynnika przyrodniczego. Przez setki lat bardzo wysoka umieralność modyfikowała nasze zachowania. W latach 80. XIX w. we Lwowie 1/4 małżeństw to związki powtórne, zawierane ze względu na śmierć poprzedniego partnera. Owdowiała kobieta nie była w stanie sama oporządzić kawałka ziemi, wdowiec z licznym potomstwem szukał nowej matki dla dzieci. Tak tworzyły się nowe rodziny, jak to dziś nazywamy, patchworkowe. Z biegiem lat zmieniały się elementarne warunki życia. Mniej kobiet umierało w połogu, głód nie zbierał tak potwornego żniwa. Mogliśmy więc łatwiej realizować związki małżeńskie zgodnie z kulturowymi wzorcami „jak być powinno”.

A drugie wyzwolenie?

Rozpoczęło się na początku XX w. Ludzie wzbogacili się, również dzięki temu, że władze publiczne wzięły na siebie część socjalnych obowiązków. Pojawiła się kontrola urodzin i, równolegle, doza sekularyzacji. Wyzwolenie społeczne oznacza bunt: stare normy i tradycje nie będą dyktowały, jak mamy żyć. Tu właśnie zaczęliśmy zadawać sobie te pytania, które dla prababek nie istniały. Czy mieć partnera? Kiedy? Jak z nim żyć? Jakiej płci ma to być osoba? Z każdym kolejnym pokoleniem, a nawet młodszymi rocznikami, te wątpliwości wywołują mniejsze zdziwienie. Konsekwencją jest zróżnicowanie życia rodzinnego. Choć małżeństwo jest dominującą formą, to jednak 1/3 takich związków kończy się rozwodem. Dla pokolenia naszych babek było to nie do pomyślenia. Taka anegdota: znajoma biolog badała stulatków. Spytała staruszkę o jej relacje z mężem. – Pił, bił i minęło 20 lat, zanim wreszcie umarł – usłyszała. Dlaczego nie zdecydowała się więc na rozwód? – W trudnych chwilach myślałam kilka razy, by go zamordować. Ale rozwód? Jestem katoliczką, to byłby grzech – oburzyła się starsza pani. Ostatni, trzeci etap, to wyzwolenie spod wpływu czynnika biologicznego.

Czego biologia nie będzie nam dyktować?

Tego, czy mam być mężem czy żoną. Albo: jakie choroby genetyczne przejmie moje dziecko. Nawet tego, że do poczęcia potrzebny jest mężczyzna. Kobiety nie muszą już oglądać się na swój zegar biologiczny. A to, co nam dała natura, nie stanowi determinanty dalszego życia. Technologia, medycyna i inne dziedziny nauki zmieniają sposób postrzegania rodziny.

To wyzwolenie dzieje się na naszych oczach i trudno przewidzieć konsekwencje. Rozumie pan tych, którzy mogą mieć obawy co do przyszłości rodziny?

Pod warunkiem że unikniemy ideologizacji. Weźmy ostrzeżenia przed spadkiem liczby małżeństw. W latach 2006–2009 przybywało rozwodów, ale potem nastąpiła stabilizacja. I dziś to ok. 60–70 tys. rocznie. Jeśli dołożymy do tego fakt, że przybywa małżeństw wtórnych – to już 1/5 wszystkich związków – okaże się, że wiara w tę instytucję w ludziach nie umarła.

A co z dziećmi ze związków pozamałżeńskich? Gdyby patrzeć na same liczby, są one coraz większe.

Wzorem krajów skandynawskich z lat 70. i 80. wiele osób wstępujących w związek małżeński przyjeżdża na ślub z wózkiem. Dzieci ostatecznie lądują w rodzinie, gdzie mama i tata sformalizowali swoje relacje – i z potomstwa pozamałżeńskiego stają się przedmałżeńskim. Jednak sam wzrost takich urodzeń sugeruje, że coś się dzieje. W ciągu dekady podniósł się też o dwa lata średni wiek formowania rodziny. Dla kobiety to 26 lat, dla mężczyzny – 28. Systematycznie rośnie też akceptacja dla życia w związkach nieformalnych. Dołóżmy do tego rozwody – ciągle na poziomie 30 proc., spadający udział małżeństw wyznaniowych – o 10 pkt proc. w stosunku do 2004 r., i wzrost małżeństw powtórnych.

Są miejsca w kraju, które opierają się tym zmianom?

Zmiany są nieuniknione, różne jest tylko ich tempo. Polskę można podzielić demograficznie i linie będą przebiegały tak, jak niegdyś granice zaborów, jedynie w przypadku dawnego zaboru pruskiego inaczej będzie na ziemiach etnicznie polskich i tych, które zostały przyłączone po II wojnie światowej. Najbardziej skostniała jest dawna Kongresówka i Galicja, czyli świętokrzyskie, Lubelszczyzna, duża część Mazowsza, Łódzkiego, Podlasia. Następnie jest północno-zachodni fragment Kongresówki. Potem tereny popruskie, jak Śląsk, Wielkopolska, Pomorze Gdańskie. Na końcu są ziemie odzyskane. Osobną kategorią są metropolie. W Warszawie, Łodzi, Wrocławiu i na obrzeżach tych miast przybywa osób wchodzących w związki partnerskie czy jednopłciowe i tworzących gospodarstwa domowe.

Postępuje też sekularyzacja rodziny?

Z pewnością. Jednak wciąż w zachowaniach demograficznych widać pewną obrzędowość. Na przykład we Francji nie ma ślubów konkordatowych. W latach 90. przeprowadzono tam badania dotyczące małżeństw wyznaniowych. Okazało się, że wiele par zdecydowało się na nie jedynie ze względu na oprawę, piękną ceremonię. Sześć lat temu dokonałem podobnych obserwacji w Łodzi i satelickich miasteczkach, m.in. Brzezinach. Pytałem narzeczonych, którzy przychodzili do USC po ostatnie dokumenty potrzebne do zawarcia związku. Okazało się, że nawet większość osób deklarujących ślub wyznaniowy mieszkała już ze sobą, niektórzy mieli dzieci. Kobietom jednak marzyła się suknia, a obojgu – coś więcej niż formułka wygłoszona przed urzędnikiem.

To zakłamanie?

Raczej przejaw prywatyzacji religii. Wybieramy elementy, które nam pasują. Nie muszą być spójne z doktryną kościelną, dogmatem wygłaszanym ex cathedra. Na pewno przybywa też ludzi legalizujących związek z mało romantycznych pobudek, bo razem łatwiej wziąć kredyt, wygodniej i ekonomiczniej rozliczać PIT, szczególnie gdy jedno z dwojga zarabia znacznie więcej. We Francji to jeden z głównych powodów zróżnicowanej sezonowości zawierania związków partnerskich Pacs (Pacte civil de solidarité). Jest ich więcej pod koniec roku, gdy ludzie mają w perspektywie rozliczenia podatkowe. Takie rozwiązanie im się opłaca.

Na ile więc polityka państwa może wpłynąć na rodzinę, jej ostateczny model?

Jeśli zmodyfikujemy nasze decyzje, uwzględniając nowo wdrażaną politykę społeczną, będzie to tylko taktyczna uległość. Wykorzystamy marchewkę, którą ktoś nam podstawił pod nos. Inaczej mówiąc: to działanie na krótką metę. Tak jak, nie szukając daleko, efekt programu 500+. W latach 2015–2017 współczynnik dzietności wzrósł o kilkanaście setnych, głównie dzięki urodzeniom drugim i trzecim. Jednak przez 25 ostatnich lat podwyższał się wiek matek decydujących się na kolejne dzieci. Teraz zahamował. Oznacza to, że przez 500+ kobiety zmieniły głównie kalendarz swoich zachowań.

Kalendarz zachowań?

Chodzi o to, że dzieci, które urodziły się teraz, nie przyjdą na świat za rok czy dwa lata. Mamy fikcyjną zmianę, zaburzającą odbiór danych demograficznych. Politycy mogą dumnie ogłosić sukces swojej polityki. Tymczasem większość rodzin kierowała się prostym myśleniem, by łapać okazję, póki jest. Bo co będzie za rok – nie wiadomo. Długofalowo na pewno bardziej sprawdzi się budowanie społecznej świadomości, że rodzina jest fajna, połączone z różnorodną formą pomocy na rynku pracy i ofertą opieki nad małymi dziećmi. Czy jednak tyle wystarczy, by zahamować zmiany demograficzne lub by kierować je w pożądanym przez władzę kierunku – szczerze wątpię.