Rozmowa z Aleksandrem Proksą, radcą prawnym, byłym prezesem RCL, dyrektorem departamentu prawnego NBP

Po wyborach desygnowany przez prezydenta premier powinien zająć się kompletowaniem nowego rządu, a dotychczasowy musi podać się do dymisji. Kto wtedy traci pracę?

Dymisję składają tylko sekretarze i podsekretarze stanu oraz wojewodowie i wicewojewodowie. Jednakże ostateczne decyzje o ich przyjęciu podejmuje premier nowo powołanego rządu. Niewątpliwie ministrowie nowego rządu oraz wojewodowie (nowi albo ci, którzy zachowali swoje stanowisko) będą wnioskować do premiera o nowych zastępców, ale w praktyce zawsze część z nich zachowuje swoje dotychczasowe stanowiska.

A co z pracownikami gabinetów politycznych?

Ich stosunki pracy rozwiązują się wraz z zakończeniem pełnienia misji przez osobę, w której gabinecie politycznym byli zatrudnieni.

Osoby, które pracują w takich gabinetach, poza tym, że są zaufanymi osobami ministra, nie mają zweryfikowanych kwalifikacji. Czy tak powinno być?

Rzeczywiście ich wiedza i kompetencje formalnie nie podlegają weryfikacji, gdyż to od premiera i ministrów zależy, kogo obdarzają zaufaniem i chcą widzieć w swoim najbliższym otoczeniu. Ponieważ doradcy i inni pracownicy gabinetów politycznych są zatrudniani na podstawie ustawy o pracownikach urzędów państwowych, powinni jednak spełniać przewidziane tymi przepisami podstawowe kryteria, w tym korzystać z pełni praw publicznych, oraz posiadać nieskazitelny charakter.

Czy można jednak wymagać sprawdzania kompetencji pracowników gabinetów, jeśli również w innych urzędach państwowych wciąż zatrudniani są pracownicy bez określenia kryteriów naboru i weryfikacji ich kompetencji. Dlaczego nikt nie chce się zająć zmianą ustawy z 1981 r. o pracownikach urzędów państwowych?

Mam nadzieje, że nowy rząd lub sami parlamentarzyści zajmą się tym problem. Ta w znacznej części archaiczna ustawa działać tu może ze szkodą dla urzędów, które nadal ją stosują. Brak procedury otwartego i konkurencyjnego naboru, w której badane są m.in. wiedza i umiejętności kandydatów, może skutecznie hamować dopływ do urzędów kadr o wyższych kwalifikacjach. Standardem powinno dzisiaj być publiczne ogłoszenie o wolnych stanowiskach w każdym urzędzie państwowym. Urzędy mogłyby na tym tylko skorzystać.

Cztery lata temu liczba urzędników w administracji rządowej w pierwszych miesiącach po wyborach wzrosła o kilka tysięcy. Czy obecnie będzie podobnie?

Taka pokusa zawsze istnieje. Nasila się, zwłaszcza gdy po wyborach przychodzi nowa ekipa rządząca. Próbuje się zwolnić część urzędników, aby znaleźć miejsce dla tzw. zaufanych osób. Jeśli pracownika nie można zwolnić, bo np. posiada status urzędnika mianowanego, to wtedy zatrudnia się dodatkowe osoby i dochodzi do wzrostu zatrudnienia w urzędzie. Na pewno trzeba się jednak liczyć z tym, że po uformowaniu się nowego rządu niemała część pracowników, którzy stracą pracę, skutecznie odwoła się do sądów pracy.

Nowy rząd to też łączenie, dzielenie lub wręcz tworzenie nowych ministerstw. Czy przy tej okazji można doprowadzić do zmniejszenia zatrudnienia?

Raczej nie. Jeśli bowiem np. z jednego urzędu powstają po przekształceniu dwa odrębne, to w każdym z nich trzeba stworzyć nowe komórki organizacyjne albo przynajmniej samodzielne stanowiska pracy zajmujące się tzw. sprawami ogólnoadministracyjnymi, np. obsługą prawna, kadry, finanse, zamówienia publiczne, audyt itd. Taki wymóg bezpośrednio wynika z ustawy o Radzie Ministrów. Co więcej, jeśli nawet jakiś urząd jest likwidowany, szef służby cywilnej musi wskazać urzędnikom mianowanym pracę w innym urzędzie. Nieco słabszą ochronę stosunku pracy posiadają pracownicy niebędący urzędnikami służby cywilnej, ale i w ich przypadku przy wypowiadaniu umowy o pracę likwidacja stanowiska musi być rzeczywista.

Dyrektorzy urzędów, pytani przez „DGP” o racjonalizację, najczęściej odpowiadali, że jest to proces długotrwały i nie można go przeprowadzić w ciągu kilku miesięcy. Czy cięcia w administracji są w ogóle możliwe?

Przy ogólnie znanej skłonności do rozbudowanej biurokracji i coraz to większej liczbie zadań do wykonania wydaje się, że nie. Niemniej jednak racjonalizację trzeba byłoby rozpocząć od stanowisk średniego szczebla. Do nich zalicza się zastępców dyrektorów i naczelników. Tych jest – moim zdaniem – zdecydowanie za dużo. Co więcej, jeśli na urząd nakładane są nowe zadania, to najczęściej automatycznie tworzy się nowy wydział czy nawet departament, który będzie się nim zajmował. Sprzyja to tworzeniu na przykład kilku stanowisk zastępców dyrektorów i naczelników. Zamiast kolejnych stanowisk kierowniczych, wystarczyłyby jedynie nowe stanowiska merytoryczne, bo to od nich w dużej mierze zależy sprawność urzędu.