Rozmawiamy z Aleksandrem Proksą, radcą prawnym, który reprezentował prezydenta przed TK.

Pańskie argumenty jako pełnomocnika prezydenta przekonały widocznie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, bo rządowa ustawa o racjonalizacji zatrudnienia trafi ostatecznie do kosza. Czy o to chodziło prezydentowi?

Prezydent nie był i nie jest przeciwko racjonalizacji zatrudnienia w administracji publicznej. Wszystkim przecież jest znana sytuacja budżetu państwa i mimo że finanse publiczne są pod kontrolą, jak nas zapewnia rząd, to wiadomo, że jesteśmy blisko granicy przekroczenia progu ostrożnościowego, który wynosi 55 proc. PKB. Dlatego każde oszczędności traktować trzeba jako istotne. Problemem jest zatem nie to, czy, ale w jakim trybie mogą i powinny być przeprowadzane cięcia w administracji.

Czy rząd może kiedyś wrócić do pomysłu zwalniania za pomocą specustawy?

Sędziowie wyraźnie wskazali, że mechanizm zaproponowany w tym zakresie w ustawie narusza zasadę bezpieczeństwa prawnego obywateli i jest generalnie nieadekwatny dla osiągnięcia zakładanego celu. Ponieważ brak określenia w samej ustawie kryteriów doboru pracowników do zwolnienia w istocie przesądza o jej niekonstytucyjności, nie wydaje się więc, aby kiedykolwiek powracano do tego pomysłu.

Czyli nie będzie kolejnego projektu?

Jeśli z jakichś powodów niewystarczające okazałyby się funkcjonujące obecnie przepisy, w tym przepisy ustawy o zwolnieniach grupowych, to nie można całkowicie wykluczyć potrzeby wprowadzenia epizodycznych rozwiązań szczególnych.

Kiedy?

Tylko wówczas, gdyby sytuacja ekonomiczna państwa była tak trudna, że konieczne byłyby cięcia przynoszące realne oszczędności budżetowe. Sytuacja musiałaby zatem być rzeczywiście dramatyczna i wymagać np. zwolnienia 1/5 lub więcej urzędników.

Czy trudno jest zredukować w urzędzie 10 proc. etatów?

Osiągnięcie redukcji rzędu 10 proc. przy znanej rotacji kadrowej sięgającej 5 – 7 proc. rocznie nie jest trudne, tym bardziej że w dążeniu do oszczędności prawie zawsze możliwa jest reorganizacja połączona z likwidacją niektórych stanowisk. To jest uzasadniona podstawa zwolnienia lub też przeniesienia urzędnika.

Premier zalecił ministrom i wojewodom zwalnianie urzędników we własnym zakresie. Czy szef rządu może im to nakazać?

Dyrektorzy generalni urzędów lub inni kierownicy jednostek są pracodawcami i oni dysponują funduszem płac. Od nich powinno zatem zależeć, na jaki cel będzie on przeznaczony – wzrost zatrudnienia czy też podwyżki.

To jak rozumieć premiera w tej sprawie?

Traktuję jego słowa bardziej jako wytyczne niż bezwzględny nakaz dla dyrektorów generalnych. Tak więc premier nie może skutecznie nakazać, że np. w jednym urzędzie redukuje się zatrudnienie o 8, a w innym o 12 proc.

Czy to oznacza, że dyrektorzy generalni nie umieją prowadzić polityki kadrowej?

Muszą w końcu nauczyć się zarządzania kadrami tak, jak to czynią menedżerowie dużych firm, w szczególności zaś nie mogą nieustannie zwiększać liczby urzędników, co miało miejsce nawet po uchwaleniu ustawy o racjonalizacji zatrudnienia.

To jak powinni redukować zatrudnienie?

W niektórych przypadkach może pomóc im w tym premier, bo to on nadaje statuty ministerstwom i urzędom centralnym. Przy tej okazji można zmniejszyć liczbę departamentów lub biur, np. tych, które pełnią funkcje pomocnicze (obsługi, kadr, szkolenia itp.). Należy także rozważyć redukcję liczby komórek merytorycznych. Obecnie możliwy jest również outsourcing czynności technicznych i obsługi, co pozwala zaoszczędzić wiele etatów pracowniczych. Dokonując zwolnień pracowników, należy bezwzględnie zadbać o właściwe merytoryczne uzasadnienie wypowiedzenia umów o pracę. W sytuacji oszczędności budżetowych najlepiej jest więc powołać się na sytuację ekonomiczną urzędu i zlikwidować określone stanowiska pracy. Trzeba też pamiętać, że nie można kierować się tu jedynie kryterium wieku, stażu pracowniczego czy rodzaju umowy o pracę. Dobór pracowników do zwolnienia nie może bowiem prowadzić do ich dyskryminowania, co zawsze uzasadni przywrócenie do pracy lub odszkodowanie.