Co jest przyczyną zaostrzenia protestów i wzrostu roszczeń związków zawodowych w Polsce w ostatnich miesiącach? Drożyzna?

Wybory. Liderzy związkowi doskonale wiedzą, że przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi najłatwiej coś wyrwać.

Dlaczego związki zawodowe są w Polsce tak silne?

Bo politycy się ich boją. Jak to by wyglądało, gdyby policja rozpędziła związkowców? Od razu by przywoływano skojarzenia z ZOMO. Poza tym politycy zajmują się przekupywaniem wyborców, a więc są ulegli. To jak z porywaczami – zaczynamy z nimi negocjować, to mamy następne porwania. Związkowcy są bezkarni. Po ubiegłorocznych protestach w KGHM zapadły wyroki uniewinniające ze względu na znikomą społecznie szkodliwość czynu. Bywało jednak gorzej. W 2005 r. górnicy przyjechali z kilofami do Warszawy i Sejm posłusznie uchwalił przywileje i emerytury górnicze.

A może związki zawodowe wykorzystują sentyment Polaków.

Z pewnością. Uznajemy ich rolę w obaleniu komunizmu i ten mit wciąż mocno działa. Dlatego trzeba uszanować ich mocną pozycję. Byle to nie sięgało absurdu, a sięga. Nie można ulegać związkom w sytuacji, gdy chodzi o interes ekonomiczny państwa. Tymczasem u nas to związkowcy np. w KGHM czy JSW mówią, co wolno sprywatyzować, a co nie, w co firma ma inwestować.

Mamy inspekcję pracy, niezawisłe sądy. Może związki są niepotrzebne?

Kiedyś „Solidarność” była ruchem ogólnokrajowym, teraz związki stały się organizacjami lobbystycznymi, załatwiającymi swoje wąskie interesy w kopalniach czy energetyce.

Profesor Juliusz Gardawski z SGH powiedział we wczorajszym „DGP”, że siła polskich związków to mit. Stanowią one potęgę, ale tylko w kilku dużych firmach, jak KGHM. Jednak generalnie są znacznie słabsze niż na Zachodzie.

Nie zgadzam się z tym. Dalej są silne w całej masie dawnych przedsiębiorstw państwowych, od polskich zakładów Fiata po Hutę Warszawa. Nie zmieniła tego prywatyzacja. Zgoda, że dużo słabsze są w mniejszych firmach.

Czy związki szkodzą?

Z całą pewnością szkodziły przez lata choćby spółkom energetycznym. Oto przykład, który znam z autopsji. Związki zawodowe w CPN oprotestowały połączenie z Petrochemią i usiłowały zablokować fuzję. Rzutem na taśmę udało się, bo związkowcy zostali w 1999 r. przekupieni pakietem socjalnym. Gdyby nie powstał Orlen, a CPN dalej traciłby rynek w takim tempie jak wówczas, to niewiele by zostało.

Jak więc okiełznać organizacje związkowe?

W pierwszej kolejności należałoby zlikwidować prawo związków do obsadzania organów spółek, wprowadzania swych ludzi do rad nadzorczych i zarządów. To jest na dzień dobry konflikt interesów. Trend przyszedł z niby socjalnej Europy. Czym to się kończy, pokazuje afera w niemieckim Volkswagenie, gdzie związkowców zasiadających w radzie nadzorczej koncernu przekupywano łapówkami, ekskluzywnymi podróżami i usługami brazylijskich prostytutek. W ten sposób zapewniano spokój w fabrykach. Przywileje ustawowe powinny być zniesione. Tak jak od rządzenia krajem są partie polityczne, tak w przypadku firmy są to jej właściciele, a nie pracownicy. Związki powinny się troszczyć, by było czysto, ciepło i bezpiecznie i wynagrodzenie nie było obniżane przez management.

Pracodawcy proponują, by do założenia związku potrzeba było więcej osób niż obecnie.

Teraz zdecydowanie za łatwo zakładać organizację związkową. Nie może być tak, że składa się ona właściwie tylko z władz. To, że w jednym zakładzie bywa nawet kilkadziesiąt związków, jest paranoją. Nie byłoby takiego problemu, gdyby nie utrzymywał ich zakład pracy. Etaty dla związkowców to zachęta do bezsensownego mnożenia organizacji.

Jeśli nie byłoby etatów związkowych, organizacje utrzymywałyby swoje władze ze składek i nie miałyby pieniędzy na ekspertów. A wtedy nie byłyby partnerami do negocjacji.

Etat zakładowy dla związkowca jest nieporozumieniem, podobnie jak utrzymywanie partii politycznych z budżetu. Niech pracownicy zrzeszają się, jeśli chcą, ale działalność związkowa jest działalnością społeczną. Skoro organizacje pracodawców utrzymują się ze swoich składek, związki też powinny.