Dlaczego szkoły niepubliczne mają dostawać pieniądze z budżetu?

Bo wynika to z konstytucji. Zgodnie z nią kształcenie studentów na studiach stacjonarnych w uczelniach niepublicznych powinno być dofinansowane z budżetu państwa. Od pięciu lat kolejni ministrowie nauki mieli obowiązek uregulować to rozporządzeniem. Jednak do dziś nie zostało ono wydane. Po trwającej kilka miesięcy walce Sejm wprowadził odpowiedni przepis do nowej ustawy i choć jest niewystarczający z punktu widzenia równego traktowania szkół, to jest krokiem we właściwą stronę.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) twierdzi, że nie ma na to pieniędzy w budżecie państwa.

Tak twierdzi. Ale łatwo pokazać, skąd te pieniądze pozyskać tak aby nie zabierać ich uczelniom publicznym.

Czyli skąd?

Chociażby z pieniędzy przekazywanych do 3,5 tys. publicznych i prywatnych szkół policealnych. Rocznie trafia do nich 800 mln zł. A to oznacza, że są lepiej traktowane niż publiczne uczelnie. Te ostatnie przecież nie dostają pieniędzy z budżetu na niestacjonarne studia, a szkoły policealne tak. Uważam, że połowa z kwoty, która do nich trafia, wystarczyłaby, aby dofinansować kształcenie w niepublicznych szkołach wyższych.

Na co będą wydane pieniądze z dotacji dla niepublicznych uczelni?

Musiałby je wykorzystać na kształcenie na studiach stacjonarnych.

Kto na tym zyska?

Głównie najlepsze niepubliczne szkoły. W końcu będzie można mówić o konkurencji między publicznym i prywatnym sektorem. Bez niej nie ma mowy o podniesieniu jakości kształcenia. Skorzystają na tym studenci, szczególnie ci najbiedniejsi. A tych w szkołach niepublicznych jest statystycznie najwięcej. Najgorsze jest jednak to, że system finansowania kształcenia według obecnej ustawy pozostaje bez zmian a to przepis na bylejakość w szkolnictwie.

Dlaczego?

Obecnie dotacja zależy od liczby studentów, co zachęca uczelnie publiczne do zatrzymania studenta za wszelką cenę, kosztem jakości. Dla zdecydowanej ich liczby przychody dydaktyczne stanowią ponad 90 proc. wszystkich przychodów.

W sektorze uczelni niepublicznych brak jakiejkolwiek dotacji powoduje, że lepiej mają się ci, którzy oferują łatwy dyplom i drastycznie obniżają koszty dydaktyki, nie bacząc na jakość kształcenia. W najgorszej sytuacji przy takim systemie są dobre uczelnie niepubliczne. Muszą zadbać o poziom kształcenia, a to kosztuje. Pogłębiający się niż demograficzny zaostrzy walkę o studenta i w efekcie będziemy mieli za własne podatki coraz słabszych absolwentów. Najwyższa pora, żeby dotacja silnie zależała od poziomu studiów. Obowiązujący system finansowania kształcenia jest wyniszczający. Szkoły robią wszystko, żeby zwiększać liczbę studentów, zamiast aktywnie działać w zakresie badań naukowych i współpracy z gospodarką. Według resortu nauki na budowę nowych obiektów uczelnianych, przede wszystkim laboratoriów, przeznaczonych jest 16 mld zł. Pytanie, kto w nich będzie pracował, jeśli prawie wszyscy zajmują się dydaktyką?

MNiSW nie zgadza się z zarzutem, że do szkół niepublicznych trafia za mało pieniędzy. Nie zgadza się również, że projekt reformy nie gwarantuje im dodatkowych pieniędzy. Dostaną je najlepsi, np. ci ze statusem krajowych naukowych ośrodków wiodących (KNOW).

To nagroda pocieszenia, a ja wolę mechanizmy projakościowe. W dużej mierze uzyskanie statusu KNOW będzie zależało od wyników badań naukowych, a my rozmawiamy o dofinansowaniu kształcenia. Nasze państwo ma przyszłość, jeśli każdemu da szansę, ale wspierać będzie lepszych. Zatem pieniądze budżetowe powinny być kierowane do lepszych szkół i nie powinno mieć znaczenia, czy są to uczelnie niepubliczne, czy publiczne. Kiepskie uczelnie niech utrzymują amatorzy nic niewartych dyplomów.

Czego w takim razie brakuje w reformie?

Nie gwarantuje uczelniom publicznym i niepublicznym równych warunków funkcjonowania. Z istoty gospodarki rynkowej wynika obowiązek państwa dbania o zasady rzetelnej konkurencji.