Czy samorządy rzeczywiście mają problem ze znalezieniem nauczycieli, którzy w czasie ferii zajmowaliby się uczniami?

To, że w niektórych gminach są takie problemy, może wynikać z wielu przyczyn. Na przykład szkoła zbyt późno zdecydowała się na organizację zajęć dla uczniów w czasie ferii, a nauczyciele mieli zaplanowany wyjazd na narty. Takie sytuacje mogą jednak występować sporadycznie. Nie mogę się więc zgodzić ze stwierdzeniem samorządów, że nauczyciele nie chcą pracować na przykład za 500 zł dziennie. To wyjątkowe przypadki, a większość z nas zdecydowałaby się na tak dobrze płatne zajęcia z uczniami, nawet kosztem zasłużonego urlopu. Nie chcemy być postrzegani jako roszczeniowa grupa zawodowa, która nie chce pracować, a domaga się przy tym tylko podwyżek. Trzeba też pamiętać, że gminy często oferują nauczycielom za pracę w ferie dużo niższe kwoty, które wahają się od kilku do kilkunastu złotych za godzinę. Chcę też podkreślić, że mimo iż nie mamy obowiązku otwierania szkoły dla uczniów w ferie, nauczyciele umawiają się z nimi indywidualnie na tzw. godziny karciane. Prowadzą wtedy zajęcia artystyczne, sportowe lub przygotowują maturzystów do egzaminu dojrzałości.

Nauczyciele dyplomowani, a to 40 proc. wszystkich pedagogów, ma zgodnie z Kartą nauczyciela zarabiać po wrześniowej podwyżce średnio 4,8 tys. zł brutto. Czy samorządy nie zapewniają tych stawek?

Starostwo, któremu podlega moja szkoła, zapewnia nawet więcej, niż gwarantuje karta. Tych średnich nie zapewniają być może inne samorządy i dlatego muszą wypłacić nauczycielom jednorazowy dodatek uzupełniający. Trzeba jednak zaznaczyć, że nauczyciel dyplomowany otrzymuje do ręki 2560 zł pensji zasadniczej. Do tego musimy doliczyć ewentualny dodatek motywacyjny, który średnio wynosi 120 zł. Z kolei innych dodatków, jak np. funkcyjnego czy za wychowawstwo, nie otrzymuje każdy nauczyciel. Ponadto dodatek stażowy za wysługę lat też jest bardzo różny. Średnie płace pedagogów nie oddają jednak rzeczywistych zarobków nauczycieli, bo jedni zarabiają więcej, inni mniej. Do średniego wynagrodzenia, które od września wyniesie 4,8 tys. zł brutto dla dyplomowanych, wliczane są m.in. trzynasta pensja, dodatkowe godziny zajęć. Tak więc jeśli w tej grupie jest nauczyciel zatrudniony w szkole na półtora etatu, to zawyża średnią, bo jest ona przeliczana na liczbę nauczycieli, a nie na liczbę etatów. Średnia powinna więc być wyliczana bardziej proporcjonalnie. Trzeba ponadto uprościć system płac nauczycieli i zlikwidować kilkanaście składników, a zwiększyć pensję zasadniczą. To spowodowałoby, że wyliczenia pensji przez księgowych byłyby łatwiejsze, a płace nauczycieli byłyby bardziej przejrzyste i urealnione.

Do gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych uczęszcza młodzież z niżu demograficznego. Czy starostwo przy zatwierdzaniu tzw. arkusza organizacyjnego wymusza na dyrektorach zmniejszenie zatrudnienia?

Nie. Urzędnicy zajmujący się edukacją sami kiedyś byli pracownikami oświaty i rozumieją nasze potrzeby. Analizują dane statystyczne, co pozwala przewidzieć zmiany kadrowe wcześniej. Trudniej wypracować porozumienie, gdy w samorządzie oświatą zajmują się osoby bez doświadczenia. Wtedy jednostki oświatowe jako te, które nie przynoszą dochodów, spychane są często na dalszy plan w budżetach. Niż demograficzny jest już odczuwalny. Zamiast siedmiu pierwszych klas mamy pięć. Nie decydujemy się jednak na zwalnianie nauczycieli, ale też nie zatrudniamy nowych. Tym, którzy pracują, proponujemy dodatkowe studia podyplomowe, aby mogli uczyć większej liczby przedmiotów. Szansą na przetrwanie i niezamykanie szkół jest ich łączenie. Takie zmiany ma wprowadzić Ministerstwo Edukacji Narodowej. Sytuacja zmusi nas do tego, aby łączyć licea z gimnazjami.