Czy procedury odwoławcze przewidziane w polskim prawie dostatecznie chronią zarówno ubiegających się o unijną pomoc, jak i korzystających z dotacji?

W początkowym okresie członkostwa Polski w UE procedury odwoławcze były niewystarczające. Nie można było nawet złożyć skargi do sądu. W obecnym okresie programowania (2007 – 2013) sytuacja jest dużo lepsza, system został udoskonalony i przewiduje trzyetapową procedurę odwoławczą: protest, odwołanie oraz ewentualną skargę do sądu administracyjnego. Najprostszym środkiem jest protest, który wymaga tylko odwołania się do kryteriów oceny i jest pewną polemiką z tymi, którzy oceniali wniosek. Najtrudniejszy jest ten ostatni etap sądowy.

Dlaczego?

Ustawodawca daje tylko 14 dni na złożenie skargi od negatywnego rozpatrzenia odwołania. To jest bardzo krótki czas i trzeba się spieszyć, żeby zdążyć.

Kto, jak często i z jakich powodów najczęściej korzysta z procedur odwoławczych?

Nie ma na ten temat żadnych oficjalnych statystyk. Bazując na moich doświadczeniach, mogę powiedzieć, że najwięcej takich spraw pojawia się na etapie wnioskowania o przyznanie środków unijnych. Zainteresowanie nimi jest ogromne, w każdym konkursie jest więcej chętnych niż pieniędzy, które można byłoby im przyznać. Proporcjonalnie rośnie więc zainteresowanie odwołaniami.

Jakie błędy są popełniane przy okazji odwoływania się?

Dużo nieporozumień wynika z niewiedzy wnioskodawców. Często nie zdają oni sobie sprawy z tego, że ich polemika z decyzją o nieprzyznaniu im unijnych środków nie może dotyczyć wprost meritum sprawy, a więc tego, czy pomysł opisany we wniosku był dobry, czy nie. Przedmiotem protestu i odwołania jest to, czy oceniający wniosek przeprowadzili ocenę w sposób właściwy, w oparciu o konkretne procedury i kryteria.

Czy może pan podać przykład skutecznego odwołania.

Na przykład zetknęliśmy się z sytuacją, gdy wnioskodawca złożył cały wniosek, a fakt jego przyjęcia został potwierdzony przez instytucję organizującą konkurs, po czym okazało się, że brakuje którejś ze stron wniosku. Jej zaginięcie stało się formalnym powodem odmówienia przez instytucję oceny wniosku. Wnioskodawca za moją radą złożył najpierw protest, potem odwołanie i sprawa trafiła do sądu. Ten uznał, że brakująca strona nie może być podstawą do formalnego nierozpatrzenia wniosku. Wnioskodawca wygrał sprawę, a instytucja podjęła próbę zmiany procedur w tym zakresie.

Co z kolei może być przedmiotem sporu już na etapie realizacji projektu?

Najczęściej są kwestionowane efekty kontroli projektów. Każdy z nich jest kontrolowany, czasami nawet wielokrotnie, przez różne instytucje krajowe i unijne. Beneficjent w trakcie kontroli dowiaduje się, że naruszył prawo. Jest to bez znaczenia, czy chodzi o prawodawstwo polskie, czy unijne, bo są one traktowane na równi. Najwięcej tego typu spraw dotyczy interpretacji prawa zamówień publicznych, w drugiej kolejności – kwalifikowalności kosztów poniesionych podczas realizacji projektu. Trzecim obszarem są wszelkiego rodzaju naruszenia procedur i standardów, których spełnienie jest wymagane podczas realizacji projektu. Mogą one dotyczyć ochrony środowiska, prawa pracy, zasady równości płci. System prawa i procedur nie jest jasny i precyzyjny, a tym samym beneficjenci często się w nim gubią.