Już drugi rok MEN namawia rodziców do posyłania sześciolatków do szkoły. Wciąż nie ma tym dużego zainteresowania. Dlaczego?

Jeśli okaże się, że około 10 proc. tych dzieci chodzi do pierwszej klasy, a w następnym roku 20 proc., będziemy się cieszyć. Ale pamiętajmy, że nie każdy sześciolatek może być w pierwszej klasie, bo musi wcześniej chodzić do przedszkola.

Może rodzice boją się, że szkoły nie są przygotowane?

Coraz więcej jest przygotowanych. Samorządom na tym zależy, a pomaga im rządowy program „Radosna szkoła”. Dzięki niemu już 80 proc. szkół ma miejsca zabaw. Ruszyła też budowa placów zabaw. Z kolei dzięki większej liczbie etatów w świetlicach funkcja opiekuńcza szkół jest lepsza.

Jeśli jednak za rok do I klasy znów nie pójdą sześciolatki, we wrześniu 2012 roku szkoły będą przepełnione, bo edukację rozpoczną jednocześnie sześciolatki i siedmiolatki. Czy reforma nie robi im krzywdy?

Nie. Teraz jest najlepszy moment na taką kumulację, bo mamy niż demograficzny. Kilka lat temu maturzystów było około 700 tys., sześciolatków dwa razy mniej. Ponadto dzięki obniżeniu wieku rozpoczynania obowiązku szkolnego gimnazja i szkoły ponadgimnazjalne nie będą zamykane, a potem ponownie otwierane, bo obecne sześciolatki zasypią ten dołek demograficzny. W kolejnych latach dzieci rodziło się już więcej.

Nauczyciele w przedszkolach muszą potajemnie uczyć 6-latki czytać i pisać, bo nie pozwala na to podstawa programowa. Czy ma to zmusić rodziców do posyłania sześciolatków do szkoły zamiast do przedszkola?

Dlaczego mieliby to robić potajemnie? To świadczy o niezrozumieniu zmian. Trzeba pamiętać, że dziecko w przedszkolu powinno się przede wszystkim nauczyć współpracy w grupie. To zupełnie inaczej niż przy poprzedniej podstawie programowej, kiedy to zamiast uczyć podstawowych umiejętności społecznych, uczono od razu kaligrafii. Nie widzę też potrzeby, aby sześciolatek realizował w przedszkolu to samo, co za rok będzie powtarzał w pierwszej klasie – a tak było dotychczas. Nauka czytania i pisania będzie się więc odbywać głównie w szkole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nikt nie zabrania nauczycielom uczyć czytać i pisać w przedszkolu.

Wciąż jednak nie ma miejsc w przedszkolach dla wszystkich. Czy popiera pani obywatelski projekt ustawy złożony w Sejmie, który przewiduje gwarancję miejsc w publicznych przedszkolach od drugiego roku życia?

Przygotowujemy własne rozwiązanie. Obecnie państwa nie stać, aby gminom przekazywać subwencję oświatową na wszystkie dzieci w przedszkolach. Subwencją mogłyby jednak zostać objęte pięciolatki, które będą miały obowiązek przygotowania przedszkolnego. Pamiętajmy też, że gdy sześciolatki pójdą do szkoły, zwolnią dodatkowe 350 tys. miejsc przedszkolnych.

A co zaproponuje rząd?

Myślimy o wprowadzeniu przepisów, które określą, że dziecko będzie miało prawo do edukacji przedszkolnej w obrębie maksymalnie kilku kilometrów od miejsca zamieszkania. Gminy nie będą wtedy proponować wolnych miejsc na drugim końcu miasta. Dodatkowo chciałabym wprowadzić dla rodziców czterolatków prawo do miejsca w przedszkolu. Obecnie takie prawo już mają rodzice pięciolatków. Gminy dobrze się z tego wywiązują. Ponadto będą miały obowiązek informowania pisemnie rodziców, gdzie na ich dziecko czeka miejsce. Na pewno nie powinno być tak jak obecnie, że rodzic nie wie, czy zdobędzie miejsce w publicznym przedszkolu.

Rodzice są zmuszani do zakupu co roku nowych podręczników. Dlaczego rząd to akceptuje?

Czy zna pan nauczyciela, który co roku chce zmieniać podręczniki? Nauczyciele mają swoje ulubione książki i nie zmieniają ich dlatego, że namawia do tego przedstawiciel handlowy wydawcy. Pedagodzy są dość wierni ulubionym autorom czy wydawcom. Nie trzeba określać w ustawie, przez ile lat mogą korzystać z określonych podręczników, ale mieć do nich trochę zaufania. To oni prowadzą zajęcia i powinni odpowiadać za ich efekty.