Na pierwszy ogień poszła pomoc społeczna, której jak zwykle nie ma, gdy jest potrzebna. Tymczasem włożenie pracowników socjalnych w buty funkcjonariuszy czy strażników rodzin, którzy mają całą dobę monitorować i sprawdzać, czy rodzic, który składa wniosek o zasiłek na dziecko, chce wyłudzić pieniądze, jest nieporozumieniem. Zresztą te same osoby, krytykują działalność niemieckich Jugendamtów i oburza ich to, że ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie daje pracownikom socjalnym możliwość zabrania bitego dziecka z domu.

Teraz do grupy winnych dołączył rzecznik praw dziecka, który rzekomo nie staje w obronie dzieci i nie interweniuje, gdy maluchom dzieje się krzywda. Wystarczy jednak przyjrzeć się ustawowym uprawnieniom rzecznika, budżetowi jego biura i liczbie pracowników, by wiedzieć, że nie będzie działał jak szeryf na Dzikim Zachodzie, a jego interwencje wymagają przede wszystkim biurokratycznej pracy.

Zanim więc nagonka na winnych się rozwinie i pojawią się kolejne chybione pomysły, takie jak tworzenie centralnego rejestru dzieci, warto podkreślić, że zdecydowana większość rodziców dobrze spełnia się w swojej roli. To, że do mediów trafiają najbardziej drastyczne przypadki, potwierdza tylko fakt, że najlepiej sprzedaje się zła informacja. Choćby więc rzecznik praw dziecka i organizacje pozarządowe przeprowadziły tysiące kampanii edukacyjnych i promujących dobre rodzicielstwo, co zresztą z dobrymi skutkami robią, to nigdy nie wzbudzą takiego zainteresowania jak historia Madzi z Sosnowca.