Tym, czy później w ogóle istniały, nie mówiąc już o tym, jak sobie radziły, nikt się nie interesował. A zasady, które rządziły programem wspierania świeżo upieczonych przedsiębiorców, powodowały, że pieniądze często szły na takie wydatki, jak urządzenie biura, czy niezbędny w prowadzeniu biznesu samochód.

Skandal? Marnowanie unijnych pieniędzy? Ja bym raczej powiedział, że logiczne następstwo tego, że pieniądze z UE w ostatnich latach dosłownie zalały naszą gospodarkę. Rozmiary tej powodzi były tak duże, że nie byliśmy w stanie wypracować sensownych sposobów zagospodarowania góry gotówki.

Rzecz jasna, nie da się zakwestionować, że dzięki unijnym pieniądzom mamy wiele mniejszych czy większych (i bardziej czy mniej udanych) inwestycji, na które bez unijnego wsparcia musielibyśmy zapewne czekać długie lata. Dzięki wsparciu UE po prostu staliśmy się zamożniejsi.

Tyle że kosztem tego wzrostu zamożności były na przykład duże podwyżki cen wielu towarów czy produktów – jak duże, wystarczy zapytać budowlańców. A także to, że kto mógł, ten wykorzystywał wszelkie sposoby, by dobrać się do unijnej kasy. Podejście do łatwych, darmowych pieniędzy, to zupełnie oczywiste, jest przecież zupełnie inne niż do kapitału gromadzonego latami, ciężką pracą i ze sporą dozą ryzyka (trudno przecież znaleźć przedsiębiorcę, który nie narzekałby na warunki prowadzenia biznesu w Polsce).

Ale dość krytykanctwa. W końcu czego dowodzi to, że ponad 100 tys. osób zdecydowało się zrobić interes na unijnej dotacji? Ano tego, że Unia wyzwoliła w Polakach przedsiębiorczość. I choćby za to powinniśmy być jej wdzięczni.