Po kompromitacji transportowej, której efektem jest brak sieci dróg na Euro 2012 i szybkich połączeń kolejowych, nadszedł czas na przekroczenie kolejnej granicy absurdu. Tym razem nie chodzi o nowy pękający asfalt na budowanych drogach, przez który polscy kierowcy pękają ze śmiechu, ale o rzeczy z zasady poważniejsze. Chodzi o nasze bezpieczeństwo i o wizerunek Polski w chwili rozgrywania największej międzynarodowej imprezy sportowej, jaka kiedykolwiek miała miejsce w naszym kraju.

Otóż ta sama policja, która jeszcze niedawno w kandydatach do służby mogła przebierać jak w ulęgałkach, prychając na sporą część napalonych na mundur, dzisiaj, dwa miesiące przez najazdem kiboli z Anglii, słynących z przerabiania płyt chodnikowych w bumerangi, które jednak nie wracają, boryka się z tysiącami wolnych etatów. Zdaniem MSW to właściwie nie jest problem, bo przecież na wiosnę zawsze z policji odchodzą ludzie. Mam nieodparte wrażenie, że komuś tu przydałby się lekarz. Bagatelizowanie problemu, jakim na chwilę przed Euro jest brak policjantów, udowadnia, że my, obywatele, na policję liczyć zbyt nie powinniśmy.

Idę o zakład, że Polska w czasie turnieju nie będzie się jawić jako nowoczesny kraj, jak chcieliby tego zaklinający rzeczywistość menedżerowie z robiącej dużo hałasu państwowej spółki PL.2012. Będzie za to uchodzić za kraj zagubionego policjanta. O tym, że nie jest to obawa na wyrost, niech świadczy przykład, który miał miejsce przez meczem Polska – Portugalia, czyli inauguracją warszawskiej euroareny. Do policjanta w przejściu podziemnym pod Dworcem Centralnym podeszły trzy osoby z pytaniem, jakim tramwajem dojadą na stadion. Dla ułatwienia dodam, że odpowiedź była prosta: każdym jadącym w stronę Wisły. Co odpowiedział policjant: Proszę państwa, ja tego nie wiem. Ja jestem z Płocka.