O tym, że konkursy w szpitalach to fikcja, wiadomo od dawna. Najczęściej posadę dyrektora zdobywała albo osoba z tzw. układu, albo taka, której z powodu zasiedzenia fotel taki się po prostu należał. Tyle że często osoby te w ogóle nie miały odpowiedniego doświadczenia w zarządzaniu. Bo to, że ktoś jest świetnym lekarzem, nie musi być jednoznaczne z tym, że poradzi sobie jako menedżer. Ustawa o działalności leczniczej, której głównym zadaniem ma być wzmocnienie nadzoru w placówkach medycznych, wprowadza obowiązek przeprowadzania konkursów na stanowiska ich dyrektorów. To dobre rozwiązanie. Szczególnie że część szpitali albo już się przekształca, albo o tym poważnie myśli. Jeżeli kierownik spółki nie będzie się znał na finansach i szpital zadłuży, to musi liczyć się z tym, że ten może zostać zlikwidowany, a jemu samemu grozi odpowiedzialność finansowa. Perspektywa zajęcia fotela dyrektorskiego jest zatem kusząca, ale tylko dla prawdziwych menadżerów.

Likwidacja fikcji konkursów w szpitalach to jednak tylko szczyt góry lodowej. Tym bardziej szkoda, że nie udało się przy okazji uchwalania ustaw z tzw. pakietu zdrowotnego uregulować kwestii łączenia przez te same osoby funkcji ordynatora i szefa kliniki. Resort zdrowia z wprowadzenia zakazu się wycofał. Tę bitwę wygrało więc lobby profesorskie.