Świętym prawem opozycji jest sprawdzanie, jak rząd wykonuje swoje obowiązki i wypełnia obietnice przedwyborcze. Gorzej, jeżeli wcale nie chodzi o wytykanie błędów, ale jedynie o nakręcenie szumu medialnego. A tak można odbierać kolejny wniosek PiS o odwołanie minister zdrowia.

Warto więc sprawdzić, co dokładnie posłowie opozycji zarzucają Ewie Kopacz. Ich zdaniem musi ona pożegnać się ze stanowiskiem „...za szerokie otwarcie bramy do prywatyzacji szpitali...”. I dodają – minister potraktowała je jak zwykłe przedsiębiorstwa, które mają walczyć o klienta (czytaj pacjenta) i przynosić zysk. Pytanie tylko, czy lepiej jest zostawić szpitale w obecnej sytuacji, gdy w kolejkach na usunięcie zaćmy czy wszczepienie endoprotezy stawu biodrowego trzeba czekać nawet rok, pacjenci leżą na korytarzach, bo nie ma dla nich miejsca na salach, a spirala zadłużania placówek medycznych dalej się nakręca.

Te pytania oczywiście sprowadzają się do kwestii fundamentalnej – jaki model ochrony zdrowia wybieramy i chcemy wdrożyć. Obecny rząd postawił na jego częściową liberalizację. Nieudolną formę, w jakie obecnie działają publiczne placówki medyczne (SP ZOZ), mają przynajmniej częściowo zastąpić spółki prawa handlowego. Tyle że to nie jest nowe rozwiązanie. Od kilku dobrych lat część samorządów przekształcała w nie swoje szpitale. Obecnie we wszystkich 105 takich spółkach powiaty i gminy mają 100 proc. udziału. Żadna nie upadła i nie stała się luksusowym spa. Dalej wykonują te same świadczenia co wcześniej, tyle że może trochę lepiej dbają o swoje finanse i nie dopuszczają do zadłużenia. Warto przypomnieć, że rząd Jarosława Kaczyńskiego, kiedy szefem resortu zdrowia był profesor Zbigniew Religa, również miał taki pomysł. Proponował także wzrost składki zdrowotnej i wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Dlatego argumenty posłów opozycji są mało trafione. Poza tym, niezależnie od tego, jak ocenimy działanie szpitali i przychodni, to jednak Ewie Kopacz udało się przygotować i uchwalić ustawy z tzw. pakietu zdrowotnego. Nie są pozbawione wad. Można się z nimi nie zgadzać, ale za równie zły pomysł można by uznać (jeżeli zostałby uchwalony) projekt zakładający zmianę systemu finansowania ochrony zdrowia z ubezpieczeniowego na budżetowy. A taki również swojego czasu przedstawiali posłowie PiS. To dopiero byłby krok w tył, biorąc zwłaszcza pod uwagę obecną sytuację publicznej kasy.

Zapewne w trakcie debaty nad wotum zaufania do minister zdrowia padnie jeszcze wiele argumentów za i przeciw. Warto jednak pamiętać, że w tej rozgrywce tak naprawdę najmniej ważny jest interes pacjentów. Liczą się tylko słupki poparcia. Mam jednak nadzieję, że za kilka lat, oceniając efekty reformy minister Kopacz, kolejny rząd nie będzie musiał wykonywać ekwilibrystyki, jaka miała miejsce w przypadku OFE.