Głównym celem programu miało być motywowanie mieszkańców wsi do sięgania po unijne środki na realizację inicjatyw, które sami sobie wymyślą. Mogą więc zorganizować imprezę kulturalną, stworzyć gospodarstwo agroturystyczne lub wybudować trasę rowerową. Paleta możliwości jest duża i właśnie na tym miała polegać siła leadera. Po dwóch latach realizacji programu okazuje się, że nie ma chętnych na te pieniądze. W niektórych regionach kraju większość wnioskodawców rezygnuje, gdy dowiaduje się, jakie warunki muszą spełnić, żeby zrealizować swój pomysł. Co najmniej od roku wiadomo, że program zakończy się porażką, jeśli nie zostaną uproszczone procedury. Wie o tym także resort rolnictwa i nie robi nic, żeby uratować program.

Dlaczego? Obawiam się, że leader jest zbyt mało spektakularny. 630 mln euro, które są w nim dostępne, to skromna kwota w porównaniu z 13 miliardami euro, jakie w latach 2007 – 2013 resort ma do wydania w całym Programie Rozwoju Obszarów Wiejskich. Tylko jeden ubiegłoroczny nabór wniosków na premie dla młodych rolników pozwolił mu rozdysponować w krótkim czasie 770 mln zł. W leaderze, gdzie dominują małe projekty o budżecie kilkunastu tysięcy złotych, nie udało się uzbierać i wydać takiej kwoty od 2009 roku. A przecież przy ocenie małego projektu z leadera urzędnik musi się napracować nie mniej niż przy przyznawaniu dotacji o wartości np. 300 tys. zł. Z punktu widzenia urzędniczej logiki myślenia traktowanie leadera po macoszemu jest więc uzasadnione. Z punktu widzenia potrzeb wsi takie zaniechanie jest jednak niedopuszczalne.

Postępu cywilizacyjnego, który miał się dokonać dzięki wpompowaniu na wieś 70 mld zł z UE, nie można mierzyć tylko liczbą nowych ciągników kupionych za unijne pieniądze. Równie ważne dla jakości życia na wsi jest to, ile dzieci skorzysta z dodatkowych zajęć po lekcjach, nauczy się korzystać z internetu i biegle posługiwać językami obcymi. Ile powstanie tam nowych firm usługowych, czy będzie się rozwijać mała infrastruktura turystyczna, czy zostaną utworzone nowe miejsca pracy. Takie projekty mogłyby powstawać za unijne pieniądze, gdyby program był bardziej przyjazny potencjalnym beneficjentom. A nie stanie się tak, dopóki resort rolnictwa nie doceni leadera.