Więcej, więcej i więcej. Średnia płaca w KGHM w zeszłym roku to 8640 złotych. Związkowcy: za mało. I zgodnie ze swoim zwyczajem próbują szantażować zarząd różnymi groźbami, ze strajkiem włącznie.

W Jastrzębskiej Spółce Węglowej szykowanej do debiutu na GPW zaproponowano pracownikom pięcioletnie gwarancje zatrudnienia. Związkowcy: to mało, chcemy lat dziesięciu. Nie wzruszyły ich nawet korzystne dla załogi posunięcia, nawiasem mówiąc, nie do pomyślenia w żadnej prywatnej spółce. Otóż darmowe akcje dostaną nawet ci, którzy nie mają do nich prawa. Zapłaci za nie w formie swoistego haraczu sama JSW. Nie wystarczy, związkowcy są twardzi, w kopalniach będzie strajk.

A przecież każde z tych działań jest skierowane nie tylko przeciwko firmie, ale i jej załodze. Rozumiem, że firma związkowców obchodzi najmniej, ale zastanawiający jest cynizm, z jakim podchodzą do swoich kolegów. Załóżmy, ze Ministerstwo Skarbu rezygnuje z upubliczniania JSW. Wówczas nie ma ani darmowych akcji, ani gwarancji zatrudnienia. Górnicy nie odnoszą z zadymy żadnych korzyści.

Czy scenariusz odwołania IPO jest nieprawdopodobny? Niekoniecznie. Pytanie bowiem, czy za akcje spółki targanej strajkami i z rozdętym socjalem będzie można uzyskać satysfakcjonujące pieniądze. Ale przyjmijmy, że Skarb Państwa jest zdeterminowany, by JSW wprowadzić na giełdę nawet po umiarkowanie atrakcyjnej cenie. Bije to oczywiście w przychody państwowej kasy, ale znów także w załogę, gdyż jej pakiety akcji będą warte mniej, niż warte być mogły.

Czym zatem kierują się związkowcy? Parę tygodni temu w Orlenie doszło do pikiety pod tradycyjnym hasłem: podwyżki proponowane przez firmę są zbyt niskie, żądamy dwa razy więcej. Jednak pewność siebie związkowców została zachwiana przez lokalną prasę, która odkryła, że za radykalnymi żądaniami nie kryje się chęć dogodzenia załodze, tylko nadchodzące wybory w związkach i chęć utrzymania posad przez ich liderów. A ci postanowili pokazać, że coś robią. Coś robią również świetnie opłacani związkowi bossowie w KGHM, których marzeniem jest to, żeby ta firma się nie rozwijała, nie inwestowała, biernie czekała na wyczerpanie się krajowych złóż miedzi, ale za to płaciła coraz lepiej. Teraz swoje pięć minut mają związkowcy z JSW. I trzeba im oddać, skrzętnie je wykorzystują, choć interes, którym się kierują – mówiąc bardzo delikatnie – trudno zdefiniować.