Wbrew pozorom dla kasy Narodowego Funduszu Zdrowia możliwość leczenia się Polaków za granicą na razie nie jest groźna. Za pobyt w obcym szpitalu czy wizytę u zagranicznego specjalisty fundusz zwróci nam bowiem tylko tyle, ile płaci za dane świadczenie w kraju. Różnice w wycenach są spore, różnicę w wydatkach musielibyśmy więc pokrywać z własnej kieszeni. W miarę wzrostu zamożności naszego społeczeństwa z możliwości leczenia za granicą z pewnością będziemy korzystać częściej.

Natychmiastowym wypływem sporej gotówki z NFZ – szacowanym przez Ministerstwo Zdrowia na ponad 3 mld zł rocznie – grozi działanie dyrektywy unijnej w kraju. Obecnie fundusz przykrawa nasze możliwości leczenia do swoich możliwości płacenia za nie. Stąd limity świadczeń, których przekroczenie kończy się dla szpitala tak zwanymi nadwykonaniami, za które tak trudno od NFZ wyegzekwować pieniądze. Nadwykonania to specyfika placówek publicznych, w prywatnych takie zjawisko nie istnieje. Jeśli przychodnia czy klinika prywatna wyczerpuje limit (wiele z nich także ma kontrakty z NFZ), pacjent musi płacić albo – do następnego roku – rezygnuje z prywatnego leczenia.

Dyrektywa najpewniej to zmieni. Wielu pacjentów, których do tej pory na prywatne kuracje nie było stać, teraz może dojść do wniosku, że warto się zapożyczyć. W końcu zdrowie jest najważniejsze. Zapłacą za leczenie, a potem zażądają zwrotu kasy od NFZ. I będą musieli ją dostać. Właściciele prywatnych placówek mają powody do radości, unijne prawo z pewnością przysporzy im nowych klientów.

Nie mają się co cieszyć placówki publiczne. Choćby się pod ich drzwiami pojawiły tłumy pacjentów, odprawią ich z kwitkiem po przekroczeniu limitów, dokładnie tak jak robią to dzisiaj. Bo szpital publiczny od pacjentów objętych ubezpieczeniem NFZ legalnie brać pieniędzy nie może. Politycy bardzo tego pilnowali, uzasadniając, że w przeciwnym razie mało kto doczekałby się leczenia w ramach kontraktu. Strach polityków przed wprowadzeniem opłat za dodatkowe usługi po wejściu w życie unijnej dyrektywy spowoduje, że cały dodatkowy ruch pacjentów skierowany zostanie tylko do klinik prywatnych. Sytuacja finansowa szpitali publicznych będzie się szybciej pogarszać.

Gdyby zaczęły padać z powodu nieudolnego zarządzania, moglibyśmy się cieszyć. Na razie jednak politycy wolą sztucznie je dotować, oddłużając co kilka lat, niż pozwolić na bankructwo. Prywatne za kilka lat może jednak zapanować nad państwowym nie dlatego, że jest lepsze, ale że prawo dla obu sektorów jest różne, a to już nie będzie powodem do radości.

Wypływ kasy z NFZ spowoduje konieczność podniesienia składki na zdrowie, może też nareszcie za jego ochronę zaczną płacić także rolnicy. Politycy już teraz muszą się jednak zastanowić nad koniecznością wprowadzenia takich samych zasad obowiązywania dyrektywy w placówkach publicznych i prywatnych. Socjalizm był uczulony na wszystko, co prywatne. Kapitalizm nie powinien alergicznie reagować na państwowe. Bo w polskiej służbie zdrowia pomocy ofiarom wypadków udzielają na razie tylko placówki publiczne, prywatnym się to nie opłaca.