Przez dwa lata, bo tyle mniej więcej czasu głowiono się nad tymi rozwiązaniami, można było wymyśleć coś mądrzejszego i odkrywczego. Problemem naszej administracji nie jest, jak sądzę, liczba samych urzędników, ale ich wynagrodzenia. Płace w korpusie służby cywilnej w ciągu ostatnich lat wzrastały o kilkanaście procent. I to tutaj należało w pierwszej kolejności poszukać budżetowych oszczędności. To właśnie przy płacach, a nie przy urzędniczych etatach należało przystawić tę 10-proc. ustawową linijkę. Autorzy ustawy o redukcji zatrudnienia w administracji wybrali jednak walkę z etatami. Wybrali zwolnienia. Poszli nawet o krok dalej i sami osłabili cele, które przed sobą postawili, chroniąc przed zwolnieniami całe grupy urzędników. Wśród wybrańców znaleźli się przede wszystkim ci, którzy sami układają swoje budżety, jak kancelarie Sejmu, Senatu, prezydenta, kierownicy i dyrektorzy, audytorzy, główni księgowi.

Gdyby uchwalanie ustawy trwało jeszcze kilka tygodni, do grona szczęśliwców dołączyłyby z pewnością kolejne grupy szczęśliwców. Tak zawsze kończą się reformy, które stają się kartą przetargową polityków. Przygotowanej według takiej receptury racjonalizacji zatrudnienia nie uratują nawet przyspieszone kursy prawidłowego zwalniania organizowane przez kancelarię premiera dla dyrektorów generalnych.