Od czasu reformy emerytalnej rządu Jerzego Buzka jak do tej pory nie doczekaliśmy się solidnej akcji informacyjnej, która pomogłaby zrozumieć Kowalskiemu, jak działa system. Mieliśmy za to reklamy z emerytami pod palmami, batalię o OFE i sprzeczne sygnały, czy ograniczenie ich roli w systemie ubezpieczeń społecznych przysłuży się Polakom. Powód? Kolejni ministrowie finansów mieli zawsze pilniejsze wydatki niż akcje edukacyjne, a instytucje finansowe oferujące produkty emerytalne nie chciały wydawać pieniędzy na takie działania. Ten brak wiedzy pokutuje. Polacy ochoczo reagują na obietnice przywrócenia dawnego wieku emerytalnego. Choć, gdy w pytaniu doda się informację o obniżeniu przyszłych świadczeń, to odsetek zwolenników spada o połowę.

Aaaaby przypodobać się wyborcom

Politycy, zarówno w PRL, jak i w III RP, często grali kwestią emerytur i niezależnie od systemowych regulacji decydowali się na ręczne sterowanie. Zbyt surowa ocena? Nie. Przypatrzmy się faktom. Do końca 1998 r. ubezpieczenia społeczne w Polsce działały na podstawie umowy pokoleniowej: pracujący utrzymywali emerytów i rencistów, finansując ich bieżące świadczenia. To świetne rozwiązane, gdy jest wielu pracujących, z których niewielu dożywa emerytury. Ale system nie spinał się finansowo. Na dodatek był podatny na rozdawnictwo – szczególnie przed wyborami i w momentach niepokojów społecznych. A to decydowano się na wyższą waloryzację, niż planowano, a to kolejnym grupom przyznawano prawo do wcześniejszych emerytur, które niespełna dekadę temu regulowało aż 49 rozporządzeń resortowych i uchwał (obejmujących aż 1,1 mln pracujących, np. artystów, szewców teatralnych, hutników czy dziennikarzy).

Deficyt rósł i finansom publicznym groziła katastrofa. Trzeba było zrobić reformę. Na początek w 1999 r. wprowadzono więc nowy system, który nie tylko był bezpieczniejszy dla budżetów ZUS i państwa, lecz miał także zachęcać Polaków do opłacania składek. Został on oparty na trzech filarach, z których finansowane miały być przyszłe świadczenia. Pierwszy filar to ZUS – musiał pozostać repartycyjny, nie mamy złóż ropy i bez składek obecnie pracujących ich rodzice i dziadkowie nie mieliby świadczeń. Drugi filar to obowiązkowe, kapitałowe otwarte fundusze emerytalne (OFE), a trzeci filar to odgórnie ustalone, lecz dobrowolne systemy dodatkowego oszczędzania. Teraz są takie trzy: pracownicze programy emerytalne (PPE) prowadzone przez pracodawcę, indywidualne konta emerytalne (IKE) oraz dodane na końcu indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Katastrofę oddalono. Ale jak to z reformami bywa, części elementów nie doprecyzowano, a inne po prostu popsuto. Opłaty dla OFE były na początku stanowczo za wysokie, nie wprowadzono planowanych subfunduszy, w których OFE miały m.in. zabezpieczać oszczędności osób zbliżających się do wieku emerytalnego przed wahaniami koniunktury. Fundusz Rezerwy Demograficznej, który w przyszłości miał pomóc równoważyć deficyt systemu emerytalnego, powołano z opóźnieniem i okrajano z wpływów z prywatyzacji – bo były ważniejsze potrzeby. Ale największym grzechem zaniechania jest to, że system nigdy nie stał się powszechny. Owszem składki są płacone, ale pozostawiono wiele przywilejów. Prawo do wcześniejszych emerytur zaczęto wygaszać za późno – z końcem 2008 r. Nadal mamy wiele grup, do których trzeba sporo dopłacać. W ich przypadku zasada, że zebrany kapitał w momencie przejścia na emeryturę dzielony jest przez planowaną dalszą długość życia z tabel statystycznych, nie została w pełni wdrożona.

Od czego zacząć i co trzeba zmienić?

Zdaniem ekspertów likwidacja przywilejów emerytalnych dla rolników, górników, przedstawicieli służb mundurowych, sędziów i prokuratorów powinna być priorytetem dla nowej władzy. – Za mundurowych składki w ogóle nie są odprowadzane, a otrzymują emeryturę trzy razy wyższą w stosunku do zarobków np. lekarza czy pielęgniarki – przypomina Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Lewiatana i członek Rady Nadzorczej ZUS.

Z kolei górnicy na emeryturę przechodzą średnio w wieku 48 lat i ich świadczenia przyznane w 2015 r. to 4850 zł, podczas gdy dla innych emerytów średnio 2,1 tys. zł.

– Czyli mają świadczenia ponad dwa razy wyższe, choć na emeryturę przechodzą w znacznie młodszym wieku i pobierają ją znacznie dłużej. Ich średnia długość życia jest o ok. dwa lata krótsza od pozostałych mężczyzn, tymczasem na emeryturę przechodzą 17 lat wcześniej – wylicza Mordasewicz.

To dlatego, że każdy rok ich pracy liczony jest jako 1,5 roku, a gdy ktoś pracuje na przodku, aż 1,8 roku. Dodajmy, że przedstawiciele innych zawodów, również pracujący w trudnych warunkach, np. w hutnictwie, takich uprawnień nie mają.

– Górnicy po 20–25 latach pod ziemią powinni kontynuować pracę na powierzchni. Jeżeli mają przechodzić na wczesne emerytury, kopalnie powinny płacić za nich składki trzy razy wyższe niż obecnie – podsumowuje ekspert Lewiatana.

Nierozwiązana jest też kwestia rolników. Najniższa emerytura z KRUS wynosi ok. 880 zł miesięcznie. Tyle samo co w ZUS. Jednak u rolników podstawowa miesięczna składka na ubezpieczenie emerytalno-rentowe stanowi 10 proc. tej kwoty, czyli 88 zł. W ZUS – prawie 700 zł miesięcznie (bez ubezpieczenia chorobowego). Nic więc dziwnego, że składki zbierane od rolników wystarczają tylko na 10 proc. kosztów wypłacanych przez KRUS emerytur i rent.

Poprawiliśmy wskaźniki, ale...

Dopłaty z budżetu do systemu emerytalnego zbliżają się do 60 mld zł. Żaden inny wydatek państwa nie jest tak wysoki. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych raczej nie zbankrutuje, ale gdyby część tych pieniędzy, jakie dopłaca do niego państwo, przeznaczono na inwestycje, skorzystałoby zarówno młode pokolenie, jak i seniorzy. Podnosząc wiek emerytalny i znosząc część przywilejów, osiągnęliśmy w ostatnich latach wielki postęp. Wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 55–64 lata wzrósł z 26 proc. do ponad 44 proc. W Unii w tym przedziale wiekowym pracuje połowa osób, w krajach skandynawskich ponad 70 proc.

Zdaniem ekspertów obniżenie wieku emerytalnego spowoduje wzrost wydatków budżetowych o ok. 10 mld zł. Resort pracy szacuje, że skutki dla finansów w pierwszym roku przywrócenia dawnego wieku emerytalnego wyniosą około 2,7 mld zł.

– Musimy zadać sobie pytanie, czy tę kwotę przeznaczyć na bezproduktywnych młodych emerytów, czy lepiej zainwestować ją w poprawę zdrowia. Na obydwa te cele równocześnie nie mamy pieniędzy – stwierdza Jeremi Mordasewicz. Inwestując w zdrowie osób pracujących, podnosimy ich produktywność, wydłużamy czas możliwej aktywności zawodowej. A im dłuższa aktywność zawodowa, tym dłuższy okres składkowy i wyższa emerytura.

Kolejna kwestia do rozwiązania, to wysokość świadczeń. Teraz przeciętna emerytura w ZUS to ok. 2,1 tys. zł brutto i stanowi ok. 50 proc. średniego wynagrodzenia. Jednak gdy weźmiemy pod uwagę kwoty na rękę, to emerytura stanowi ponad 60 proc. średniej płacy, bo emerytom nie potrąca się składek na ubezpieczenia, poza zdrowotną. Nawet gdyby pozostawiono przyjęty za rządów PO–PSL wiek emerytalny, to relacja płaca-emerytura stopniowo spadałaby na niekorzyść emerytów. Komisja Europejska w zeszłym roku szacowała, że przeciętna emerytura w Polsce w 2060 r. wyniesie 29 proc. średniego wynagrodzenia brutto. Ale przy powrocie do dawnego wieku emerytalnego spadnie do tego poziomu szybciej, bo połączone zostaną dwa zjawiska – wydłużanie długości życia z krótszą aktywnością zawodową i okresem składkowym. Jak na razie Polacy z własnej woli lub decyzją pracodawcy i załogi (np. w okresie redukcji zatrudnienia) kończą pracę zaraz po tym, gdy nabywają uprawnień do emerytury. – Jeżeli oczekiwana długość życia dalej będzie rosnąć, a czas aktywności zawodowej nie będzie wydłużany, to problem spadającej wysokości świadczeń stanie się o wiele ważniejszy od samej dziury w FUS – tłumaczy Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP. Coraz więcej osób będzie pobierać najniższą emeryturę, która zacznie nosić cechy emerytury obywatelskiej, czyli gwarantowanego minimum.

Dryfujemy, a prąd coraz silniejszy

Eksperci dość zgodnie twierdzą, że rząd powinien wykorzystać to, że jego poprzednicy ubrudzili sobie ręce, czyli zmienili przepisy tak, by kobiety i mężczyźni stopniowo dochodzi do wieku emerytalnego w wieku 67 lat, a nie jak wcześniej 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Zamiast psuć to, co osiągnięto, rząd Beaty Szydło powinien się zająć dalszą likwidacją przywilejów i wypromować dodatkowe oszczędzanie na emeryturę. Polakom trzeba uświadomić, że muszą też sami zatroszczyć się o przyszłość, jeśli nie chcą na starość żyć biednie.

– Z danych na koniec 2013 r. wynika, że w Polsce stopa oszczędności gospodarstw domowych wynosiła zaledwie 3 proc. dochodu rozporządzalnego. W UE jest średnio 3,6 razy wyższa – przypomina Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Wypadamy gorzej niż Czesi i Węgrzy. – Z 87,5 mld zł naszych oszczędności długoterminowych na koniec 2013 r. aż 57 proc. stanowiły produkty ubezpieczeniowo-inwestycyjne, a tylko 5 proc. IKE i IKZE – dodaje Prądzyński. Jego zdaniem potrzebne są elastyczne i bardziej dostępne, także dla niezamożnych, produkty emerytalne. Niezbędne jest też wykonanie dużej pracy edukacyjnej, uświadamiającej konieczność oszczędzania. I przydałyby się zachęty finansowe.

A co z OFE? Po przeniesieniu części ich aktywów do ZUS w 2014 r. oraz po zmianie strumienia składek, tak by trafiały do OFE tylko za tych, którzy zastrzegli, że tego chcą, nadal należy do niż 16,5 mln członków. A na koniec października ich aktywa wynosiły 147,5 mld zł.

– W mojej ocenie funkcjonowanie OFE w obecnym kształcie nie spełnia oczekiwań – przekonuje minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Elżbieta Rafalska. Niewykluczone więc, że OFE zostanie zlikwidowane. Czy to będzie dobre rozwiązanie? Eksperci są podzieleni. Za likwidacją funduszy jest m.in. prof. SGH Leokadia Oręziak. Przeciw m.in. Jeremi Mordasewicz. – Rząd postąpiłby nieuczciwie wobec osób, które świadomie pozostawiły OFE swoje oszczędności. Polska bardzo potrzebuje długoterminowych oszczędności emerytalnych dla finansowania długoterminowych inwestycji – uzasadnia ekspert Lewiatana.

– Jesteśmy w dryfie, nie ma jasno określonego kierunku działania. Tymczasem demografia będzie wpływać na zwiększenie napięć w systemie emerytalnym. Coraz mniej osób będzie pracować, a będą musiały utrzymać coraz więcej emerytów – ostrzega dr Agnieszka Chłoń–Domińczak z SGH, była wiceminister pracy.

Zdaniem ekspertów musimy jasno określić dokąd system emerytalny ma zmierzać w perspektywie 5, 10, 25 i 50 lat. Tymczasem PiS nie ma jeszcze jasno postawionych celów. Minister pracy zapowiada na razie przeanalizowanie skutków wprowadzanych przez ostatnie lata zmian. To dobrze, ponieważ w systemie emerytalnym potrzeba spokoju i planowania. Ale nie tylko ona podejmuje decyzje. Posłowie, prezydent, premier – oni mogą mieć inne plany. ©?

Większość ekspertów jest zgodna: trzeba likwidować przywileje, a nie grzebać przy wieku

W jakim kierunku zmierza PiS?

● Chce wstrzymać zrównywanie i wydłużanie wieku emerytalnego i przywrócić wiek emerytalny do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn (projekt prezydencki, minister pracy bierze pod uwagę dodanie w Sejmie przez PiS kryterium stażu pracy).

● Odrzuca propozycję PSL, by staż pracy był jedynym kryterium uprawniającym do emerytury.

● Zapowiada przegląd systemu emerytalnego, w wyniku którego rząd nie wyklucza: powrotu do systemu zdefiniowanego świadczenia i rezygnacji z systemu zdefiniowanej składki (jak przed reformą 1999 r.) oraz likwidacji OFE.

● Opowiada się za oskładkowaniem umów o dzieło i wprowadzeniem oskładkowania samozatrudnienia na podobnych zasadach co etat (resort pracy na razie deklaruje, że nie prowadzi takich prac, ale takie postulaty już padły). Ozusowanie wszystkich umów zleceń od 1 stycznia 2016 r. wprowadził jeszcze rząd PO–PSL.

● Skłania się do systemu mieszanego waloryzacji świadczeń – podwyżki dla wszystkich świadczeniobiorców i dodatkowe podnoszenie najniższych świadczeń.