Na jaką pomoc ze strony państwa mogą liczyć w Wielkiej Brytanii emigranci, którzy mają dzieci.

Anna Chalimoniuk: Opowiem o sobie. W momencie osiedlenia się otrzymałam prawo do świadczenia Child Benefit. To zapomoga na dzieci do lat 16. Należy mi się bez względu na to, czy pracuję, czy nie. Wynosi 20 funtów tygodniowo na pierwsze dziecko, a na każde kolejne ciut mniej. W praktyce już w momencie wjechania do kraju można złożyć wniosek o przyznanie CHB. Konieczne jest jedynie podanie podstawowych danych i adresu zamieszkania w Wielkiej Brytanii. W formularzu jest też rubryka z pytaniem, gdzie przebywa dziecko: czy jest na Wyspach razem z rodzicem, czy na stałe mieszka w innym kraju. Jeśli przebywa poza Wielką Brytanią, urzędnicy sprawdzają, czy ojciec dziecka przebywający na stałe np. w Polsce nie pobiera tam podobnego zasiłku na dziecko. Jeśli nie, płaci Wielka Brytania.

Czy to jedyna pomoc dla rodziców?

Jest jeszcze wiele innych ułatwień. Mój partner pracuje, ja nie. Mamy dziecko w wieku szkolnym, dostaję więc Child Tax Credit, aby łatwiej było mi je utrzymać. Jest to dofinansowanie w wysokości ok. 200 funtów miesięcznie. Dodatkowo, jeżeli rodzicom należy się Child Tax Credit, państwo automatycznie nalicza kolejne świadczenie. Working Tax Credit to wsparcie dla osób zarabiających najsłabiej i dodatkowo mających na utrzymaniu rodzinę. To kolejne 200 funtów miesięcznie.

Można dobrze żyć z brytyjskiego socjalu?

Wszystkie rodzaje świadczeń, które otrzymuję, to ok. 640 funtów miesięcznie, ale znam znacznie bardziej obrotnych. Przy większej liczbie dzieci wyciągają nawet 1,5 tys. funtów. Na pewno nie można narzekać.

Musi być dużo patologii.

Co roku Wielka Brytania traci 2 mld funtów z powodu wyłudzeń pieniędzy z systemu socjalnego. Część Polek dostaje zasiłki jako samotne matki, a tak naprawdę mieszkają z partnerami. Ludzie pracują na czarno, bo nawet najmniejszy dochód ma wpływ na stawkę benefitów. Emigranci, Polacy, ale nie tylko, oszukują, jeśli chodzi o liczbę osób zamieszkujących domy, by dostać większy dodatek mieszkaniowy (housening). Housening jest naliczany dla danego lokalu po uwzględnieniu liczby pomieszczeń i osób je zamieszkujących, pod uwagę bierze się także liczbę osób pracujących i liczbę dzieci. Część ludzi nie informuje o oszczędnościach lub nieruchomościach, które posiadają i z których czerpią dodatkowy dochód. Oszukują też na mieszkaniach socjalnych, które dostają od państwa, np. na prześladowaną matkę. Wystarczy, że kobieta zgłosi, że bije ją partner i nie ma gdzie się podziać, i z marszu dostaje lokum socjalne, za które praktycznie nie płaci. A partner wraca i po cichu mieszkają razem. Często też pobierają zasiłki na dzieci w Polsce i w Wielkiej Brytanii, co jest zabronione. Do tej pory urzędy ufały obywatelom, bo Brytyjczycy rzadko oszukiwali. Nie leży to w ich naturze, a kary są ogromne. Dopiero emigranci nauczyli tutejszych urzędników weryfikacji danych. W 2007 r. Anglia złożyła dwa wnioski w urzędzie miasta w Gdańsku, sprawdzając, czy emigrant nie pobiera zasiłku w Polsce. Ale już w 2010 r. takich wniosków było 1,5 tys.

Może na Wyspach opłaca się w ogóle nie pracować? W Polsce bez pracy trudno przeżyć, bo na realne świadczenia nie ma co liczyć.

Doskonale to wiem, mieszkałam w Polsce 30 lat. W Wielkiej Brytanii nikt mnie nie wypędza do pracy, bo mam dziecko uczące się w szkole podstawowej. To wystarczający powód do tego, bym nie musiała pracować.

Dlaczego, jak duża grupa polskich emigrantów, uważasz, że premier David Cameron ma rację, mówiąc o konieczności ograniczenia świadczeń socjalnych dla przyjezdnych? Z takim stwierdzeniem mogliby się zgodzić Brytyjczycy, bo to przecież w dużym stopniu ich pieniądze idą na zasiłki dla emigrantów.

Nie tylko ich. W moim sąsiedztwie mieszka ok. 50 polskich rodzin. Wszyscy pracują, nikt tu nie przyjechał, aby żyć na państwowym garnuszku. Jeśli Polacy płacą tu podatki, to należą im się odpowiednie, identyczne jak rodowitym Brytyjczykom, świadczenia socjalne, ale pod warunkiem że rzeczywiście potrzebują wsparcia. Z badań publikowanych w brytyjskiej prasie wynika, że Polacy więcej wpłacają na konta urzędów skarbowych, niż otrzymują benefitów. Nie jesteśmy pasożytami, choć trochę tak nas ostatnio potraktowano. Ale to fakt, zgadzam się z potrzebą ukrócenia zasiłkowych patologii, o których wspominał Cameron.

Dlaczego?

Polacy z Wysp rozumieją intencje Camerona. Skoro wyjmuje z państwowej kasy pieniądze, to chciałby, żeby one stawiały na nogi jego gospodarkę, a nie gospodarkę Polski. Problem polega na czymś innym. Dlaczego przy wytaczaniu dział przeciw wszelkim patologiom wciąż powołuje się na przykład Polaków? Owszem, jak w każdym narodzie, są tutaj i tacy, którzy leserują, nie robią nic i doją Wielką Brytanię, jak tylko się da. Wszędzie zdarzają się patologie, ale to ułamek promila całości. Większość Polaków przyjechała tu, by się odbić od dna, które mieli w kraju, uczciwie pracuje, efektywniej niż wielu Brytyjczyków, wypełnia wszystkie obowiązki fiskalne, przestrzega prawa, szanuje obyczaje. Jest już częścią tego społeczeństwa.

Dlatego mogą czuć niesmak, słuchając Camerona.

Jego problemem są młodzi Brytyjczycy. Krzyczy w telewizji, że Polacy zabierają Brytyjczykom pracę. Owszem zabierają, bo Polak za 6,3 funta na godzinę pobiegnie do pracy w podskokach. Młody Brytyjczyk za minimum 20 funtów za godzinę z domu się nie ruszy. Czas więc nazwać polityczną demagogię po imieniu. Co więcej – jestem pewna, a mieszkam tu dopiero kilkanaście miesięcy, że Polacy nawet niemający studiów są ogólnie lepiej wykształceni i lepiej przygotowani do różnych ról zawodowych niż ogół Brytyjczyków. Poziom edukacji elementarnej jest tu bowiem znacznie niższy niż Polsce.

Trudno w to uwierzyć.

Młodzi Brytyjczycy uczą się do 16. roku życia i na tym bardzo często kończą. Potem mogą iść do pracy. Część pracuje, ucząc się w trybie zaocznym dalej, ale większość z tych, którzy ze szkołą zerwali, już nauki nie podejmuje. Jak patrzę na program nauczania w podstawówce, dochodzę do wniosku, że moja córka ma tutaj intelektualne wakacje w porównaniu z tym, co obecnie miałaby w polskiej szkole. Dzisiaj już trudno byłoby jej ponownie poradzić sobie w kraju. Z drugiej strony szkoła, choć uczy na średnim poziomie, stwarza dzieciom bajeczne warunki. Piękna, nowoczesna, kolorowa, w klasach wszystko, o czym może marzyć 8-latek. Komputery, instrumenty, nauka w formie zabawy, dużo wycieczek, zajęć edukacyjnych w formie zabawy, zachęty, a nie nacisku, nauka hiszpańskiego, francuskiego. A sposób, w jaki ją przyjęli, jak jej pomagali, jak cała szkoła łącznie z dyrekcją nad nią skakała... Niesamowite.

W Polsce stałaby się dość szybką ofiarą.

Tak, tu mnie poraził absolutny brak zawiści u dzieci. W Polsce powszechny, bo podsycany przez głupich rodziców. Tu w okresie Bożego Narodzenia jej koledzy uczyli się polskiej kolędy, a jak poszłam na jasełka. Na świątecznych dekoracjach specjalnie dla nas znalazły się napisy po polsku. Z błędami, ale to nie miało znaczenia, miło było przeczytać na drzwiach szkoły „Wesolych Swiat”

Inny świat.

Ta inność przejawia się choćby w tym, że dla mnie 5 funtów to jak dla Polaka 5 zł. Ja mam za to obiad z dwóch dań i deser. W kraju za 5 zł tak bym nie zjadła. Zresztą tutaj nie martwię się, czy starczy mi do pierwszego. Jeśli jest praca, nawet najniżej płatna, można utrzymać rodzinę. Oczywiście z pomocą państwa. Paradoksalnie w drogiej Wielkiej Brytanii życie jest tańsze niż w Polsce.

A ludzie? Dają odczuć, że jest się obcym?

Mili, przyjaźni i pomocni. Tylko pod warunkiem że nie Polacy. To już inna bajka. Jeden drugiemu jest solą w oku. Liczy się tylko to, kto ma więcej, kto mniej, jaki ma samochód, czy nie oszukuje na zasiłkach. Donoszą na siebie pasjami. Wielu ma takie hobby. Rywalizacja jest zupełnie wynaturzona. Kiedyś rozmawiałam ze Słowakiem, moim kolegą, który mieszkał w rożnych krajach. Zapytał mnie, dlaczego my, Polacy, tak skaczemy sobie do gardeł. Wszędzie, gdzie był, byliśmy dla siebie na emigracji największymi wrogami. Litwini, Hindusi, Pakistańczycy, Węgrzy – wszyscy żyją we wspólnotach, jeden drugiemu pomaga, wspierają się. My zawsze na odwrót.

Polski brak solidarności wystawia nas na takie ataki jak ostatni premiera Camerona.

Cameron doskonale wie, że może w Polaków uderzać, bo za nami nikt nie stanie. Politycy w kraju mają emigrantów w nosie. Nie będą nas bronić.

Minister Sikorski bronił na Twitterze.

To, co zrobił Sikorski, to mistrzostwo dyplomacji! Polacy są opluwani, a on wypowiada się w portalu społecznościowym. Tak to mogę ja sobie popisać, a nie polityk w randze ministra. Polskiemu rządowi chodzi nie o ochronę emigrantów i ich rodzin, ale o pieniądze. O to, żeby ci, którzy pracują w Wielkiej Brytanii, dalej dostawali te zasiłki i wciąż wysyłali je do Polski, by krajowa gospodarka powoli się dalej kręciła.

Chyba trochę przesadzasz.

Tak? To przykład z życia. Kobieta została w Polsce z chorą matką, jej mąż pracuje w Wielkiej Brytanii. Od kilku lat ich dom jest regularnie podtapiany. Robili remonty na własny koszt, nie prosili o pomoc, żadne zasiłki. Urzędnicy dowiedzieli się jednak, że jej mąż pracuje na Wyspach, i chcą kobietę z chorą matką wyrzucić na bruk, bo przecież może do męża jechać. A Sikorski potem wystąpi w telewizji i powie: „Wracajcie, rodacy, u nas już jest dobrze”. Do czego mam wracać? Nie wiem, czy w Polsce kiedykolwiek coś się zmieni, czy będzie tak jak w Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o jakość i łatwość życia. Z naszą zbiorową mentalnością to chyba niewykonalne.

Mimo słów Camerona i tak lepiej żyć na Wyspach niż nad Wisłą?

Tu nie jesteś gorszy czy lepszy, nikt się z ciebie nie śmieje, nie kpi. Ludzie cieszą się twoimi osiągnięciami, każdy ci gratuluje. Nawet jeśli to trochę udawane, to i tak lepsze niż litry jadu, na które jesteśmy narażeni u siebie w kraju. Nie ma niepotrzebnej nerwowości, brakuje niezdrowej presji, jest czas. Zasada numer jeden w każdym urzędzie: no panic, no stress. Żałuję tylko jednej rzeczy. Tego, że zbyt długo wahałam się, czy wyjechać z Polski. Miałam wiele wątpliwości, bałam się, czy dam radę. Niepotrzebnie. Dziś bym się spakowała o trzy miesiące wcześniej.

I nie czujesz się obrażona?

Nie, bo premier ma rację. Zła jestem tylko dlatego, że uderzył w Polaków. Choć jest wiele racji w tym, co mówił, powinien wspomnieć o innych nacjach. Wtedy pewnie problemu w ogóle by nie było. Martwi mnie nie awantura polityczna, ale raczej to, że takie deklaracje zmienią nastawienie zwykłych Brytyjczyków. Że moja sąsiadka, słuchając go, zacznie jednak myśleć o mnie inaczej, przestanie odpowiadać na „Good morning”. A tego bym nie chciała.